Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Recenzje  Zatem Herbert mówi do nas nadal - poprzez swego interpretatora i wydawcę, który wczytuje się w nieraz na poły nieczytelne „pajęcze litery", zachowane w notatnikach czy na luźnych kartach. Każdy, kto widział rękopisy autora „Raportu z oblężonego Miasta", zdaje sobie sprawę, jak trudna jest to praca. 

Data dodania: 2018-05-16

Zatem Herbert mówi do nas nadal - poprzez swego interpretatora i wydawcę, który wczytuje się w nieraz na poły nieczytelne „pajęcze litery", zachowane w notatnikach czy na luźnych kartach. Każdy, kto widział rękopisy autora „Raportu z oblężonego Miasta", zdaje sobie sprawę, jak trudna jest to praca.

Okładka tomu Zbigniewa Herberta

Andrzej Franaszek o "Rekonesansie 2" w Gazecie Wyborczej. ADAM MICHNIK POLECA „UTWORY ROZPROSZONE" ZBIGNIEWA HERBERTA


W jednym z wierszy Ryszarda Krynickiego znajdziemy takie słowa: „Na kruchych rękopisach starego poety/ widać ślady popiołu, liczne dziurki po/ papierosach, plamy po kawie, rzadko/ po czerwonym winie, i niekiedy/ ledwo czytelne odciski/ kocich łapek, ginące/ w czasoprzestrzeni". Tych kilka linii to echo wielu lat spędzonych przez niego w otchłannym archiwum Zbigniewa Herberta. Cytuję je, myśląc o więzi, która po-łączyła przed ponad czterema dekadami dojrzałego już Herberta i młodego Krynickiego i która nadal łączy zmarłego pisarza i jego, jak sam chyba by siebie nazwał, ucznia. Uderza mnie w tym wierszu czułość, z jaką żyjący poeta odnosi się do dotykalnych śladów cudzego istnienia, i przywołanie portretowych detali, łącznie z łapami kota Szu-szu, którego Herbert kochał.
Pośrednio przypomina ten wiersz także o tym, że gdyby nie Krynicki i jego oddanie Herbertowi, najpewniej wiele jego utworów pozostałoby w rękopisach albo na kartach czasopism. Tymczasem przez ostatnie dziesięciolecia otrzymaliśmy najpierw tom próz „Król mrówek", później rekonstrukcję młodzieńczego zbioru „Bajki", wreszcie „Utwory rozproszone", których 500-stronicowy wolumin dopełnił Herbertowski kanon, otworzony zbiorem „Struna światła", zamknięty tuż przed śmiercią poety „Epilogiem burzy". Od pierwszego wydania „Rozproszonych" minęło osiem lat, niedawno trafiło do nas wydanie znacznie poszerzone.
Zatem Herbert mówi do nas nadal - poprzez swego interpretatora i wydawcę, który wczytuje się w nieraz na poły nieczytelne „pajęcze litery", zachowane w notatnikach czy na luźnych kartach. Każdy, kto widział rękopisy autora „Raportu z oblężonego Miasta", zdaje sobie sprawę, jak trudna jest to praca. Nie wiem, jaką cenę płaci za nią sam Krynicki. Niewątpliwie jednak mamy tu do czynienia z gestem, który wykracza daleko poza obowiązki edytora. Gestem przyjaźni, wierności, bardzo herbertowskim.
Jeśli bowiem pozwolimy sobie na patos, możemy powiedzieć, że jest w tych staraniach Krynickiego ślad przeciwstawiania się śmierci, a przynajmniej zapominaniu o zmarłych. Podobny wyborom samego Herberta, który myśląc o odeszłych, pisał, że choć pozostało po nich jedynie „puste miejsce", to wszak „wciąż ponad nim drży powietrze/ po tamtych głosach". Drży dlatego, dodajmy, że to my wymawiamy tamte, pochłonięte przez pustkę imiona.
(...)
Na kolejnych kartach książki możemy śledzić rozdziały życia Herberta, poczynając od przełomu lat 40. i 50. zeszłego wieku, gdy dojrzewa jako poeta, stopniowo upewniając się, że jego droga życiowa będzie szlakiem artysty, nie zaś, co długo i poważnie brał pod uwagę, filozofa, ucznia Henryka Elzenberga. Widzimy, jak szuka własnego głosu, co dla czytelników odkrywających Herberta np. w szkole może być rewolucją. Bo z perspektywy „kanonu" mogło się wydawać, że Herbert niespodziewanie objawił się w życiu literackim jako twórca całkiem uformowany. Była to paradoksalna korzyść z późnego, przez polityczne okoliczności odwleczonego debiutu; gdyby wydał pierwszy arkusz w roku choćby 1951, poznalibyśmy poetę bardzo różnego od wizerunku, jaki przynosi np. tom „Struna światła" (1956). Nie oznacza to oczywiście, byśmy odkrywali w książce np. próby utworów socrealistycznych - czytamy po prostu wiersze nieco inne od dobrze znanych, choćby o wiele bardziej wiążące ich twórcę z bliskim mu wtedy środowiskiem młodych twórców katolickich, jak nieżyjącyjuż poeta i historyk sztuki Tadeusz Chrzanowski. Charakterystycznyjest tu wybór tematów związanych z malarstwem czy rzeźbą, przede wszystkim religijną, co tyleż oddawało zainteresowania początkujących pisarzy, ileż stanowiło azyl w coraz bardziej upolitycznionym świecie literackim.
(...)
Najważniejszy wiersz „Rozproszonych" to jednak utwór „Z nienapisanej teorii snów", który autor „Pana Cogito" poświęcił „pamięci Jeana Amery". Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Hans Mayer. Urodził się w 1912 r. w Austrii, w częściowo żydowskiej, zasymilowanej rodzinie, z czasów dzieciństwa zapamiętał nie chanukowy świecznik, ale choinkę przystrojoną pomalowanymi na złoto orzechami. Studiował filozofię i literaturę, dopiero po ogłoszeniu ustaw norymberskich w pełni zdał sobie sprawę, że został wpisany w rolę Żyda i co dlań ten fakt oznacza. Po anszlusie przekradł się do Francji i Belgii, związał m.in. z francuską Resistance, kolportował antyfaszystowskie ulotki. Aresztowany w 1943 r., trafił do twierdzy Breendonk. Byl tam torturowany.
(...)
Od zakończenia wojny minęło 20 lat, coraz powszechniejsze staje się żądanie zapomnienia, wyjątkowo chętnie formułowane przez dawnych oprawców, teraz zaś obywateli przeżywającego gospodarczy rozkwit niemieckiego państwa, ale ten, kto niesie w sobie ból, mówi Amery, „nie może dostroić się do wznoszonego wokół unisono pokojowego okrzyku, który proponuje z radosną beztroską: nie oglądajmy się wstecz". Zwłaszcza gdy widzi, że nic zgoła nie zmienia się na lepsze, następne wojny czy masowe mordy każą wręcz myśleć, że „Hitler odniósł pośmiertny triumf".
Czy zresztą wrzucony do piekła Auschwitz intelektualista nie odkrywał okrutnej i niezmiennej logiki dziejów? „Tak, SS może robić to, co robi: nie istnieje przecież żadne naturalne prawo, a kategorie moralne powstają i przemijają jak mody - pisał Amery. - Jest państwo niemieckie, które pędzi Żydów i przeciwników politycznych na śmierć, ponieważ uważa, że tylko w ten sposób może się zrealizować. I cóż z tego? (...) Ateńska armia stacjonowała na wyspie Melos jak SS na Ukrainie (...). Via Appia była po obu stronach obstawiona rzędami krzyży, na których rozpięto niewolników, a w Birkenau rozchodził się smród palonych ludzkich ciał".
Myśleniu Amery'ego bliskie było myślenie Herberta. I wtedy, gdy nie godził się na zbyt łatwe i podłe zapomnienie zła, i wtedy, gdy chętnie przywoływał Tukidydesa portretującego okrucieństwa wojen antycznych, czy gdy sam w późnym wierszu podsumowywał: „trawiłem lata, by poznać prostackie tryby historii/ monotonną procesję i nierówną walkę/ zbirów na czele ogłupiałych tłumów/ przeciw garstce prawych i rozumnych".
Już zresztą w połowie lat 60., podróżując po zachodnich Niemczech, wybrał się na trwający właśnie we Frankfurcie proces oprawców z Auschwitz, może jeszcze na krzesełku w sądowej sali notując:
„wpatrywałem [się] w twarze. Były to twarze (...) małych urzędników, handlarzy"; „rozpaczliwie pospolite i bez wyrazu, nieprzeniknione jak głupota".
Spotkał się z Amerym. Zachowane zdjęcia z 1975 r. (grupka przyjaciół, ceratowy obrus w kratę na stoliku austriackiej gospody, Herbert najwyraźniej w pogodnym nastroju, rozgadany, Amery bardziej nieobecny, skupiony) pokazują, że nie rozmawiali wtedy o nigdy nieustępującym pola Złu. Gdy jednak trzy lata później Amery popełni samobójstwo, Herbert naszkicuje jeden ze swoich najbardziej dławiących gardło wierszy. Czytamy tu o dawnych mordercach, oprawcach, iż „śpią spokojnie sny mają różowe/ poczciwi ludobójcy którym już wybaczyła/ krótka ludzka pamięć (...)/ starannie golą kupieckie policzki/ resztę włosów ukladają jak wieniec laurowy/ pod wodą zapomnienia która zmywa wszystko/ namydlają swe ciało mydłem marki Macbeth". Jakże inny jest los dawnych ofiar, które „w nocy krwawią wśród czystej pościeli/ i wchodzą w swoje łóżka jak do sali tortur". Dlaczego czas nie przynosi sprawiedliwości, dlaczego ofiary cierpią już na zawsze, „ich wycie budzi w nocy niewinnych domowników/ i zrywają się raz jeszcze do szalonej ucieczki/ tłukąc głową o ścianę". I dlaczego nawet sen „schronienie wszystkich ludzi/ odmawia swojej łaski ofiarom przemocy"?
Znaki zapytania piętrzą się bezsilnie, a wiersz ostatecznie zmierza do gorzkiej konstatacji: „zaiste ciężko wyznać oprawcy odnieśli zwycięstwo/ ofiary na całą wieczność życia są już pokonane".

Wiele razy sam Herbert starał się oddać sprawiedliwość ofiarom. Czy była to starta na proch przez rzymskie imperium cywilizacja Etrusków, czy zamieszkujący Langwedocję albigensi, paleni na stosach, czy jego rówieśnicy, zabici i skazani na zapomnienie przez władze komunistyczne (...).

Gazeta Wyborcza Warszawa 12/13-05-18 DZ. / Nr 109

opracowanie Prekursor