Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Aktualności » Wydarzenia  Wynagrodzona przez życie 

Data dodania: 2014-11-10

Wynagrodzona przez życie

fot.Fabian Lenczewski

Julia Hartwig w rozmowie z Justyną Dąbrowską w Magazynie Świątecznym GW

Polecamy Państwu rozmowę, którą przeprowadziła z Julią Hartwig dla Magazynu Świątecznego Gazety Wyborczej Justyna Dąbrowska.

JUSTYNA DĄBROWSKA: Czym pani teraz żyje?
JULIA HARTWIG: Nie przestaję pracować. Jestem głównie zajęta pisaniem dziennika. Pierwszy tom wyszedł niedawno, a teraz chcę oddać drugi. Niezbyt często wydaje się dziennik po dzienniku, ale ten jest w dużej mierze zbiorem spotkań z ludźmi - przyjaciółmi, których już nie ma. Odnotowuję to, co się nam przydarzyło, i tamte okoliczności, bo wszystko się bardzo zmieniło. Bywa, że staję bezradnie i myślę, czy to ma sens. Bo przecież mogę spisać tylko jedną tysięczną część tego, co przeżyłam.
JD: A wiersze?
JH: - Wiersze też piszę. Miło mi, że od zawsze miały swój odzew, mogę to powiedzieć dzisiaj szczerze. Tylu poetów przeżywa ogromne trudności w związku ze swoimi wierszami, bo albo sami nie są z nich zadowoleni, albo nie czują się akceptowani, czują się na marginesie, co właściwie poety nie powinno obchodzić, ale przecież nigdy tak nie jest. Każdy chce być trochę bliżej środka życia, żeby go widziano, czytano i żeby było echo od ludzi, którzy go czytają.
JD: Pani słyszy to echo?
JH: - Miałam takie szczęście, że po moich wieczorach autorskich ludzie zwykle przychodzili, żeby im podpisać tomik. Zawsze stawiałam krzesło koło siebie, żeby ta osoba usiadła, nawet na tę chwilę podpisywania książki. Zrozumiałam, jak wielkie jest zapotrzebowanie na to, żeby ktoś nas słuchał w naszych sprawach. Wielu ludzi - co jest zarazem pochlebne i zobowiązujące - uważa, że poeta potrafi rozjaśnić jakieś trudne sprawy, które nękają i bolą. Często takie rzeczy słyszę.
JD: Może czytelnicy wyczuwają kogoś, kto słucha i rozumie? Poetkę, która nie jest wyłącznie w sobie zanurzona i na sobie skupiona?
JH: - Tak musi być chyba. Co nie znaczy, że chcę się podobać w roli księdza, który wysłuchuje spowiedzi, tylko widzę, że ludzie mają potrzebę rozmowy. Czasem jest mi przykro, bo ktoś opowiada coś ważnego, a tam już czeka ogonek ludzi.
JD: Budzi pani zaufanie. Skąd ten dar?
JH: - Może dlatego, że nigdy nie eksponuję siebie? Nie wysuwam się na pierwszy plan? W młodości byłam osobą dość zamkniętą, trudno było mi z ludźmi obcować, nie miałam potrzeby. Zdawało mi się, że każdy ma sam tyle różnych problemów, więc co kogo będzie obchodzić jakaś młoda dziewczyna. Kiedy wydoroślałam, zrozumiałam, że trzeba inaczej.
JD: Co pomogło? - Pomyślałam, że kiedy jestem z boku, to wtedy mniej wiem o ludziach i oni o mnie wiedzą mniej. Bardzo mi znowu nie zależy, żeby o mnie wiele wiedziano, ale jak ktoś czyta moje wiersze, to sobie wyobraża mój świat, więc też nie ma powodu, żeby go przesadnie skrywać. Oczywiście byłoby sztuczne, gdybym nagle to wymyśliła i wprowadzała w życie - z sobą samym takiej tresury nie można uprawiać. Ale po prostu zrozumiałam, że ja także na tym korzystam, dlatego że ludzie do mnie mówią, pokazują, czy dobrze postępuję, czy źle.
JD: Są lustrem?
JH: - Tak, i to jest potrzebne. Jeżeli wszystko jest w porządku, to człowiek się umacnia w tym, co robi, a jeżeli zauważa, że robi coś niedobrego, to czasem w porę może się powstrzymać. Ludzie bardzo nam w tym pomagają. Muszę powiedzieć, że nauczyłam się obcować z ludźmi i cieszę się, że nie mam z tym trudności. Ktoś musi być bardzo antypatyczny, żebym nie chciała z nim mówić. Zrozumiałam, że to się opłaca, jeśli mi wolno użyć tu takiego języka. To podnosi własne morale, bo ma się poczucie, że chociaż jesteśmy tacy osobni i niby tylko tego chcemy pilnować, to jednak mamy wiele wspólnego z innymi.
JD: W młodości często nam się wydaje, że jesteśmy niepowtarzalni.
JH: - Młodość jest dość dumna i pyszna, jej się zdaje, że jest jedyna taka. Ale potem człowiek się dowiaduje, że właściwie przynależy do tej samej rodziny co inni. Wiele tutaj nie można odmienić, tylko poczuć się solidarnie. Choć trzeba jednocześnie zachować własną osobowość. Mały dystans jest dobry, bo pozwala na refleksję. Trzeba trochę uwagi poświęcić także sobie. Nie dlatego, żebyśmy chcieli się z tym pokazywać, ale żeby znać siebie i na przykład wiedzieć, ile możemy zachować dla siebie, a ile dać innym.
JD:Byli jacyś ludzie, którzy w tym otwieraniu się pani pomogli?
JH:- Właściwie wszyscy, z którymi się zetknęłam, jakoś w tym pomagali. Wiele zawdzięczam mojej przyjaźni z Joanną Guze. Myśmy były bardzo rożne, ona miała cechy, które mogły odstręczać - była trochę krzykliwa, pełna protestów, czasem trochę dzika. A jednocześnie była absolwentką uniwersytetu lwowskiego, znakomitą historyczką sztuki i kiedy pisała, to osiągała jakąś doskonałą równowagę. Bardzo lubiłam jej recenzje z wystaw, były zawsze spokojne i to była czysta, piękna polszczyzna. Jedno z drugim bardzo kontrastowało - krzykliwa osoba, która czasem powiedziała taką rzecz, że w ogóle nie wiadomo było, co ze sobą zrobić. A jednocześnie zadziwiała nieopanowanym charakterem. Myślę, że ona tego nie widziała. Teksty, które po niej pozostały, są bardzo wysokiej miary. Umocniła we mnie miłość do muzyki. Przez jakiś czas byłyśmy razem we Francji. W Paryżu nie brakowało koncertów, ona stawała w tych ogromnych ogonkach do kas i zawsze zdobywała bilety. Siedziałyśmy na najwyższym piętrze, ale w niczym nam to nie przeszkadzało. Ona także czerpała ze mnie - z pewnego umiaru, który mnie cechuje. Jakoś starałam sieją powstrzymać w tym nieopanowaniu, ale temperamentu nie można zmienić w ludziach.
(...)
Cały tekst na www.wyborcza.pl

opracowanie Prekursor