Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Aktualności » Wydarzenia  "Więzień historii" 

Data dodania: 2014-05-29

"Więzień historii"

Charles Simic, fot. archiwum Autora

Mowa wygłoszona przez Charlesa Simica podczas wieczoru poezji w Krakowie


Trudno mi uwierzyć, że urodziłem się w Belgradzie, a nie w Nowym Jorku, którego codzienność z 1938 roku znam nad wyraz dobrze. Wyobrażam sobie, jak wyglądał rytm życia mieszkańców poszczególnych dzielnic czy ulic, jak projektowali budynki i mieszkania, co zamawiali w restauracjach, dokąd chodzili na potańcówki czy na film, podczas gdy ja leżałem w kojcu przy ulicy Matki Jewrosimy w Belgradzie, bawiąc się paluchami i ciekawsko obserwując dużego pluszowego misia czuwającego obok. Mam nawet zdjęcie na dowód, i jeszcze jedno, zrobione, gdy byłem już starszy i siedziałem w wózku prowadzonym przez moją matkę po zatłoczonej ulicy. Jest wiosna 1941 roku, a ja wyglądam na wyjątkowo zadowolonego z siebie, zupełnie jakbym po długich staraniach namówił ją na nową zabawkę – choć żadne z nas nie wiedziało, że Hitler i Stalin ze swoimi armiami już wtedy postanowili zrobić ze mnie amerykańskiego poetę.

Nie pamiętam nic z dnia, kiedy zrobiono to zdjęcie, ale mgliście kojarzę, co nastąpiło później. 6 kwietnia, w Niedzielę Palmową, o piątej rano naziści zbombardowali Belgrad. Wcześniej nie doszło do wypowiedzenia wojny, nie było też żadnych znaków zwiastujących nalot. Trafiony budynek po drugiej stronie ulicy stanął w ogniu, a mnie siła wybuchu wyrzuciła z łóżeczka i cisnęła na podłogę, zalewając falą odłamków z wybitych szyb. Bombardowanie ciągnęło się jeszcze przez cztery dni; zabito dwadzieścia tysięcy osób, zniszczono kilkaset budynków. Podejrzewam, że również dla wielu Polaków z mojego pokolenia pierwsze zachowane wspomnienia to pożar, dym i ulice obrócone w ruiny. Po nalocie Jugosławia była okupowana przez siły niemieckie, włoskie, węgierskie i bułgarskie, a konflikty między zwaśnionymi politykami oraz grupami etnicznymi doprowadziły do wybuchu krwawej wojny domowej, obracając życie w piekło. Nie dotyczyło to jednak dzieci, takich jak ja, które nie znały innego punktu odniesienia i przechodziły nad wydarzeniami do porządku dziennego. To brzmi, jakbym postradał zmysły, ale mimo fruwających nad głową bomb miałem szczęśliwe dzieciństwo. Bawiłem się żołnierzykami i robiłem „bum, bum, bum”, kiedy to samo robiły samoloty. W 1944 roku śmierć i zniszczenie szerzyli amerykańscy i brytyjscy lotnicy. Choć sytuacja była nieciekawa, pamiętam, że całkiem dobrze się bawiłem – dorośli byli pochłonięci własnymi problemami, a ja uganiałem się z innymi dzieciakami i robiłem, co mi się żywnie podobało.

Po zakończeniu wojny, kiedy w końcu musiałem pójść do szkoły, zatęskniłem za ulicami. Byłem słabym uczniem, jednym z tych, którym nauczyciele wróżą przyszłość w kryminale, bo zadają się ze starszymi łobuzami, choć nie przeszkadzałem na lekcjach – zamiast słuchać, czytałem ukradkiem komiksy i książki przygodowe. Problemem było też to, że przy byle okazji urządzałem sobie wagary. Raz migałem się od szkoły przez blisko trzy miesiące, aż w końcu dyrekcja wysłała do mamy policję, by zawiadomić o mojej nieobecności. Włóczyłem się po Belgradzie, oglądałem filmy – jeśli miałem za co – a przy kiepskiej pogodzie godzinami chowałem się w bramach. Jeśli można mówić o czymś, co ukształtowało we mnie poetę, na pewno były to ucieczki ze szkoły. Kiedy miałem dwanaście lat, nawet najbliżsi przyjaciele traktowali mnie jak kogoś obcego. Próbowałem opowiadać, jak wspaniale jest przemierzać miasto, ale brakowało mi słów, by opisać wszystkie niezwykłe przeżycia czy sam głód przygód, który każdego dnia kierował mnie z dala od szkoły. „Ciągle chodzi z głową w chmurach” – tłumaczyła matka sąsiadom, którzy bez wątpienia obdarzyliby mnie mniej poetyckim epitetem. Nieświadomie uczyłem się żyć z dala od innych, niczym samotnik, co – jak się później okazało – stanowiło doskonałą zaprawę dla kogoś o krok od wysiedlenia.

Rodzice nie chcieli opuszczać rodzinnego miasta, ale podobnie jak miliony innych ludzi z całej Europy w wyniku splotu wydarzeń będących poza ich kontrolą zostali pozbawieni domu. Po trwającej ponad dekadę rozłące spotkali się ponownie latem 1954 roku, kiedy matka, mój młodszy brat i ja zeszliśmy ze statku w Nowym Jorku, a na brzegu powitał nas ojciec. Pamiętam, że miał na sobie biały lniany garnitur i błękitną koszulę, które sprawiały, że wyglądał jak Amerykanin z krwi i kości, a my z pewnym oszołomieniem słuchaliśmy, jak mówi po serbsku czy woła nas po imieniu. Zostawiliśmy bagaże w hotelu przy Times Square, szybko się odświeżyliśmy i ruszyliśmy w miasto, by podziwiać słynne reklamy z roześmianymi, rumianymi twarzami zachwalającymi papierosy i pastę do zębów oraz jaskrawe neony znaczące kina, restauracje i kluby nocne. Powietrze było przesycone wonią popcornu i prażonej cebuli. Przy lokalach z muzyką tłoczyli się marynarze, a zaczepiający przechodniów pijacy prosili o drobne. Nie widzieliśmy ojca od dziesięciu lat, więc na zmianę ukradkiem się sobie przypatrywaliśmy lub wodziliśmy wzrokiem za mężczyznami w krawatach, na których widniały palemki i kobiety w kostiumach kąpielowych. Ojciec wyjechał z Belgradu do Włoch w 1944 roku, kilka miesięcy przed narodzinami brata, więc było to ich pierwsze spotkanie. Już pierwszego dnia w Ameryce miałem przeczucie, że nic teraz nie będzie takie samo. Dla kogoś starszego mogła to być przerażająca perspektywa, ale ja miałem szesnaście lat, przybyłem ze zrujnowanego, zubożałego kontynentu, a moi rodzice po dziesięcioletniej rozłące najwyraźniej za sobą nie przepadali, więc nie miałem ochoty wracać do przeszłości. Wędrując po Manhattanie i próbując zrozumieć to, co widziałem, stopniowo traciłem dawną tożsamość. Europejskie miasta były uporządkowane i łatwiejsze do objęcia niż amerykańska metropolia: tam monumentalne zabytkowe zabudowania i gustowne kafejki miały wydzielone odpowiednie okolice, a właściciele lombardów czy lokali z bilardem tłoczyli się w zakątkach, do których nikt nie zaglądał; zupełnie na odwrót było w Nowym Jorku, gdzie nietrudno o wieżowiec tuż obok piętrowej budki z pucybutem czy o dwa rzędy zapuszczonych kin z wielkimi afiszami zapowiadającymi horrory i westerny parę kroków od eleganckiej Piątej Alei ze szczytowym osiągnięciem stylu Beaux Arts – gmachem Nowojorskiej Biblioteki Publicznej.

Naturalnie był jeszcze problem bariery językowej. Z czytaniem po angielsku jakoś dawałem sobie radę, ale mówienie było osobną kwestią. Gdy moje pytania o drogę okazywały się niezrozumiałe, byłem zdruzgotany. Uświadomiłem sobie, że w Ameryce codziennie mogę robić z siebie pośmiewisko, ledwie otworzę usta. Jednak mimo to stwierdzenie, że imigrant nigdy nie znajdzie drugiego domu, w moim przypadku okazało się fałszywe. Choć wciąż towarzyszył mi charakterystyczny akcent, po paru latach nabrałem przekonania, że w żadnym miejscu na świecie nie będzie mi lepiej. Z tego powodu miałem trudności w nawiązywaniu kontaktów z innymi cudzoziemcami, którzy często przeklinali w moim nowym kraju właśnie to, co mnie urzekało. W pewnym momencie pomyślałem, że Ameryka dała mi szansę, by uciec od wszystkiego, czego w poprzednim życiu skrycie nie lubiłem. Nawet otaczana czcią rola intelektualisty na wygnaniu, prześladowanego przez historię XX wieku i nostalgię za europejską kulturą, nie przypadła mi do gustu. Stany Zjednoczone borykały się z własnymi problemami i rażącymi sprzecznościami, ale były nieodparcie pociągające, podobnie jak towarzyszące asymilacji anonimowość i wolność bycia sobą.

Choć właściwie to tylko półprawda. Zarówno Nowy Jork, jak i Chicago, w którym mieszkałem przez kilka lat, skupiały starych i nowych imigrantów. Wśród przyjaciół miałem Włochów, Żydów oraz Irlandczyków, ale utrzymywałem kontakty i pracowałem również z innymi narodowościami. Rodzice postanowili się rozwieść krótko po przeprowadzce do Ameryki i nie mieli pieniędzy, by posłać mnie do college’u, więc w wieku osiemnastu lat musiałem zacząć zarabiać na swoje utrzymanie. Nie licząc dwuletniego epizodu w wojsku, przez następne dwanaście lat pracowałem jako korektor ogłoszeń w gazecie, księgowy w różnych firmach, sprzedawca koszul, ekspedient w księgarni czy kierownik handlowy skromnego magazynu fotograficznego, a wszystko to łączyłem ze studiami wieczorowymi na Uniwersytecie Nowojorskim, pomieszkując w podrzędnych hotelach i tanich kwaterach.

Moje debiutanckie wiersze ukazały się w zimowym numerze „The Chicago Review” w 1959 roku, pięć lat po tym, jak przybyłem do Stanów, ale wtedy jeszcze nie podejrzewałem, że resztę życia poświęcę poezji. W młodości chciałem zostać malarzem, więc w wolnym czasie ćwiczyłem rysunek aż do chwili, gdy poezja zawładnęła moim życiem; miałem wówczas mniej więcej dwadzieścia pięć lat. Ale nawet wtedy nie uważałem się za poetę. Podobnie jak ojciec nałogowo czytałem książki, interesowałem się literaturą, sztuką, filozofią, historią idei, religiami wschodu i garścią innych zagadnień. Pracując całymi dniami i prowadząc dość bujne życie towarzyskie, nie znajdywałem czasu, by pomyśleć o przyszłości. Wiersze, które w tym okresie pisałem i publikowałem, postanowiłem później zniszczyć lub, z paroma wyjątkami, nie włączać do żadnych zbiorów. Zanim przejdę dalej, zaprezentuję próbkę twórczości, którą uprawiałem w Nowym Jorku ponad pięćdziesiąt lat temu.

KARALUCH
Na widok karalucha
Nie wzbiera we mnie złość.
Przystaję, zupełnie jakbyśmy
Wymienili przyjacielskie powitanie.

Tego akurat kojarzę.
Wpadamy na siebie tu i tam,
W kuchni o północy,
A teraz na mojej poduszce.

Na jego główce
Sterczy para
Moich czarnych włosów -
A może to jeszcze nie wszystko?

Ma fałszywy paszport -
Nie pytaj, skąd wiem.
Fałszywy paszport, tak,
Z moim zdjęciem z dzieciństwa.


Patrząc na scenę poetycką połowy lat 50. ubiegłego wieku, kiedy zaczynałem dopiero bywać na spotkaniach i zawiązywać pierwsze znajomości, uświadamiam sobie, jak bardzo byliśmy prowincjonalni i niedoinformowani. Choć spotykało się osoby doskonale zorientowane we współczesnej literaturze, sztuce i muzyce, entuzjastów poezji można było policzyć na palcach jednej ręki, a i tak obowiązywały wśród nich podziały na wojujące frakcje, które toczyły spory o kwestie estetyczne, nie zawracając sobie głowy takimi detalami jak zgłębianie argumentów drugiej strony. Minęły lata, zanim to wszystko uporządkowałem i zrozumiałem, co się stało z amerykańską poezją od czasów Eliota, Pounda, Stevensa i Williamsa – a przy okazji poznałem też autorów z innych stron świata. Tak jak Don Juan tracił głowę dla kobiet, ja traciłem ją dla poetów. W młodości sypiałem z sędziwym Homerem, poetami rzymskimi i chińskimi, francuskimi symbolistami i surrealistami, rosyjskimi futurystami i niemieckimi ekspresjonistami, poetami hiszpańskimi latynoamerykańskimi – pojedynczo i w grupach. Byłem nienasycony. Skłamałbym, gdybym wskazał swoją największą miłość, bo po uszy wpadałem nie raz. Często mówimy o dobrej poezji tak, jakby istniał tylko jeden jej gatunek, choć nigdy nie było to prawdą, a już zwłaszcza odkąd pojawili się Baudelaire i Whitman. Kiedy po latach zacząłem wykładać literaturę na uniwersytecie, utwierdzałem się w tym przekonaniu za każdym razem, gdy pochylaliśmy się nad twórcą o koncepcji poetyckiej całkowicie odmiennej i sprzecznej z poglądami pisarza omawianego tydzień wcześniej, nie mniej przecież zachwycającego. Współczesna poezja dowodzi, że uniwersalna teoria literatury nie spełnia już swego zadania.

Choć nie zdawałem sobie z tego sprawy, zanurzenie się w amerykańskiej literaturze miało też pomóc w odpowiedzi na pytanie: gdzie jest moje miejsce? Jaki lokalny nurt jest mi najbliższy? Jak widać, nie wspominam w tym kontekście o poetach europejskich czy serbskich. Mimo że zawsze byli dla mnie ważni, nie potrafiłbym pisać tak jak oni. Poeci amerykańscy podróżują z lekkim bagażem religijnym, kulturowym i historycznym; próby zgrywania Europejczyka w nadziei, że ujdzie mi to płazem, byłyby szczytem naiwności. Nasi twórcy, poczynając od Whitmana i Dickinson, zasługują na słowa najwyższej pochwały w uznaniu dla ich intelektualnej niezależności. Wallace Stevens sformułował przekonanie o tym, że poeta czyni świat zrozumiałym i w ten sposób kształtuje jego naturę. Zdanie to podziela wielu naszych pisarzy i mnie również przypadło ono do gustu ze względu na pokrewną filozofię i temperament. W słynnym eseju Natura Emerson pyta, dlaczego Amerykanie nie mieliby również czerpać z pierwotnej relacji ze wszechświatem, tworząc poezję i filozofię oparte na wglądzie, a nie na tradycji. Wiara w to, że prawdę należy odkrywać raz za razem, jest szczególnie uzasadniona w kraju, w którym spotykają się grupy o różnych rodowodach etnicznych, kulturowych i religijnych; zaś apel Emersona, by polegać przede wszystkim na sobie, jest źródłem wszystkich przejawów oryginalności, którymi mogą się dziś poszczycić nasza literatura i sztuka.

Muszę jednak wyznać, że gdyby przeszłość potoczyła się inaczej, byłbym jeszcze silniej związany z poezją mojego przybranego kraju. Nie przeżywam dziś na nowo horrorów z dzieciństwa, ale nie da się zaprzeczyć, że wybuchające przez lata wojny odświeżyły pamięć o tym, w jaki sposób kształtowała się moja tożsamość. Parafrazując wstęp Miłosza z antologii Postwar Polish Poetry, wydanej w Stanach w 1965 roku, poeta uciekający spod walca historii nie ma innego wyboru jak sprostać moralnym obowiązkom nałożonym na niego przez los, w przeciwieństwie do kolegów z innych krajów, którzy mogą pisać tak, jakby nie mieli z historią nic wspólnego. Czytając po raz pierwszy wiersze Wata, Miłosza, Różewicza, Herberta i innych, czułem, że odkrywam sposób opisu mojego własnego spotkania z historią, który nie jest dostępny poetom amerykańskim. Nawet jeszcze zanim poznałem polską poezję, podejrzewałem, że tylko mieszanka tragedii i komedii pozwoli opowiedzieć przez co przeszliśmy, tylko poetycka wyobraźnia wolna od wszelkich zahamowań, bliska Hieronimowi Boschowi, da wyraz naszym doświadczeniom. Zawsze było dla mnie oczywiste, że komedia jest jedną z zasadniczych postaci prawdy. Zresztą, jak ujął to Miłosz, najczarniejszy, wisielczy wręcz humor pałaszuję na śniadanie.

Dość wcześnie odkryłem jeszcze jedną rzecz. Miałem sześć lat, gdy alianci przeprowadzili nalot na Belgrad wiosną 1944 roku, ale już w tak młodym wieku podejrzewałem, że doszło do potwornej pomyłki; nawet najmłodsi wiedzieli, że spadające na nas bomby miały trafiać nazistów, ale z jakiegoś powodu chybiały celu, zabijając starców i dzieci. O tym, że największymi ofiarami wojen i rewolucji są niewinni, dowiedziałem się później na historii, ale pierwsze lekcje tej ponurej prawdy odebrałem nie od dorosłych czy z książek, lecz dzięki własnym, zapamiętanym na zawsze doświadczeniom. Bez tej wiedzy byłbym kimś innym, pisałbym inne wiersze, inaczej wyglądałoby też towarzyszące mi przez całe życie poczucie tego, co jest dobre, a co złe, niezależne od sympatii związanych z pochodzeniem czy polityką.

Żyję między dwoma światami; jeden oglądam z otwartymi, drugi – z zamkniętymi oczami. W przeciwieństwie do innych oba światy uważam za równorzędne, a wzrok darzę takim samym zaufaniem jak wyobraźnię. Przedkładanie jednego nad drugie wydaje mi się nie do pojęcia. Poezja nie jest wyłącznie rejestrem tego, co widzieliśmy i zapamiętaliśmy – jest odczytaniem tych zapisów pogłębionym dzięki wyobraźni. Nie potrzebuję wiele; wystarczy skarpetka, której nie mogę rano znaleźć, kolor nieba zanim spadnie śnieg, wiadomości w radio, kosztownie wyglądające stłuczone okulary z drucianą oprawką w rynsztoku, pies proszący na dwóch łapach przed supermarketem, wiatr kierujący podmuch za podmuchem w stronę kobiety próbującej przejść przez ulicę, który wytrąca ją z równowagi i obraca wokół własnej osi, ciągnąc spódnicę niczym niecierpliwy kochanek. Jak zauważył Thoreau, „istotne jest nie to, na co patrzysz, ale to, co widzisz”. Jeśli miałbym porównać swoje wiersze do sztuki kulinarnej, określiłbym się jako miłośnika patelni. Sednem mojej twórczości jest wiara w to, że zaskakująco pyszne dania powstają z najprostszych składników.

Naturalnie to jeszcze nie wszystko. Wiersz jest miejscem spotkania czytelnika z pytaniami o filozofię i religię. Nawet taki niedowiarek jak ja odczuwa czasami obecność czegoś pozajęzykowego, przez co nabiera podejrzeń, że tego rodzaju ulotne doświadczenia transcendencji czy spotkania z bytem i nicością współtworzą moją definicję. To dylemat dobrze znany mistykom, szaleńcom i kochankom, który w racjonalnym ujęciu pozostaje jednak niezrozumiały i beznadziejny. Może nie wszyscy się z tym zgodzą, ale w moim odczuciu takie położenie jest dla poety idealne. John Keats nazywał je „właściwością ujemną”, czyli zdolnością do trwania pośród tego, co niepewne, tajemnicze i wątpliwe, bez sięgania po kojące myśli. Lub jak ujął to Herbert: „Żyjemy w świecie sprzeczności i my sami jesteśmy ofiarami sprzecznych idei, impulsów, wyobrażeń”. W tym samym wywiadzie – który luźno parafrazuję – wyraził też przekonanie, że dzieło sztuki nie musi być wewnętrznie spójne, jak teoria naukowa, a żonglowanie przeciwieństwami nie świadczy o słabości charakteru. Jeśli zaś chodzi o Jedną Jedyną Prawdę, poszukiwaną przez wielu, a przez niektórych podobno odnalezioną – na szczęście, jak mawiają Francuzi, „La vie est plus belle que des idées”.

przełożyła Karolina Kopczyńska

© Copyright by Charles Simic
© Copyright by Fundacja im. Zbigniewa Herberta

opracowanie Prekursor