Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Media  "Wiersz powinien być pożywny jak dobrze przygotowane danie" 

Data dodania: 2014-06-15

"Wiersz powinien być pożywny jak dobrze przygotowane danie"

Charles Simic, fot. archiwum Autora

Charles Simic w rozmowie z Alicją Rosé

Charles Simic to tegoroczny laureat Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa Herberta. W rozmowie z „Kulturą Liberalną” opowiada o powołaniu poety, tradycjach rodzinnych, twórczości Emily Dickinson i... pomyśle na literacką restaurację.

Alicja Rosé: Kilka dni temu były pana urodziny, wszystkiego najlepszego! Czy to dla pana jakiś szczególny dzień?
Charles Simic: To znamienne, w dniu moich urodzin wypada rocznica zakończenia wojny. Ale urodziny nie znaczą dla mnie wiele. Jedyny raz przejąłem się tym, gdy skończyłem pięćdziesiąt lat. Na tydzień przed tym dniem obudziłem się rano i pomyślałem: „Hm, kończę pięćdziesiąt lat… To połowa wieku. Pięćdziesiąt lat temu Hitler i Stalin byli wciąż żywi, a teraz ich już nie ma”.
- Opuścił pan Serbię w wieku piętnastu lat i zamieszkał w Stanach Zjednoczonych. Od początku tworzył pan w języku angielskim. Co pan czuje, czytając swoje wiersze w przekładzie na serbski? Czy gdyby pisał je pan w tym języku, brzmiałyby właśnie w ten sposób?
- To osobliwe uczucie. Straciłem połączenie z językiem serbskim bardzo szybko, bodaj w ciągu dwudziestu lat. Tuż przed wydaniem pierwszego tomiku, zadzwoniono do mnie z wydawnictwa z propozycją, abym przetłumaczył jeden ze swoich wierszy na serbski. Na początku pomyślałem, że to świetny pomysł. Straciłem jednak „czucie” języka. Nie miałem pewności, jaki efekt wywoła dane słowo w umyśle czytelnika, jak „nabałagani” w jego głowie. Niektóre przekłady moich wierszy bardzo mi się podobają, ale trudno mi powiedzieć dlaczego. Co ciekawe, na serbski najlepiej tłumaczą moje wiersze kobiety. Stosują trik, który nazwałbym „wywrotowym lekceważeniem”, przymrużeniem oka, drwiną z instytucji. Natomiast jest jedna pani, która przetłumaczyła moje wiersze na francuski tak, że brzmią, jakby je napisał Baudelaire, bardzo mi się to podoba [śmiech].
- W wywiadzie z lat 70. potwierdza pan swoją wiarę w Boga. Z ostatnich wierszy wyłania się jednak pewne rozczarowanie. W jednym z esejów pisze pan o człowieku grającym na flecie w Puszczy Amazońskiej. Zostaje dla niego wykopany specjalny dół, do którego wchodzi i gra samotnie bez żadnej publiczności. („The Flute Player in the Pit”). Czy to poczucie, że nie słucha nas żaden Bóg jest również pana doświadczeniem?
- Nie wiem, czy nazwałbym to rozczarowaniem. Nie potrafię też powiedzieć, żebym rzeczywiście zawsze wierzył w Boga. Chociaż w mojej rodzinie, od strony matki, przez dwa stulecia byli sami księża. W naszym Kościele mogli się żenić.
- Więc jest pan ochrzczony?
- Oczywiście, wszyscy w naszej rodzinie byli chrzczeni. Lecz kiedy mój dziadek zobaczył, że wszyscy przed nim byli księżmi, postanowił zostać milionerem i przerwał tradycję: koniec z księżmi. Choć czuję, że to nadal jest gdzieś zapisane w moich genach. Dwieście lat! Przecież to ogrom czasu. Pamiętam, jak odwiedzałem moją ciotkę, u której w domu wisiały portrety moich przodków. Te długie czarne brody, surowe spojrzenia… Takie są moje korzenie.
- Wiele jest odniesień do kościoła w pana wierszach.
- Tak, to prawda, ja po prostu uwielbiam kościoły. Głównie włoskie. A także bizantyjskie, które można znaleźć na Bałkanach. To jedne z najpiękniejszych świątyń w ogóle. Wysokie, ciemne, pełne ikon. To bardzo mistyczne miejsca. Bardzo lubię też kościoły protestanckie. Pamiętam te, które widziałem w Anglii: gołe, zupełnie puste. Nie ma w nich nawet krzyża. Jedynie piękna stolarka, ogromne, drewniane okna, przez które wchodzi światło i nic więcej. Jest w nich coś niemal japońskiego, minimalistycznego. Zawsze, gdy tam jestem, odczuwam coś niezwykłego. Jednak nie sprawiło to mimo wszystko, bym wrócił do zawodu moich przodków [śmiech]. - Rozumiem, że nie planuje pan kariery księdza, ale interesuje mnie samo doświadczenie mistyczne, o którym Pan wspomniał. W jednym z wczesnych esejów mówi pan o ciszy, która posiada „energię sakralną” („sacred energy”). Czy za tym doświadczeniem stoi Bóg?
- Poza widzialną rzeczywistością, jest inna rzeczywistość, jednak sposób w jaki przedstawiany czy wyobrażany jest Bóg w chrześcijaństwie, w islamie i w wielu innych religiach, wydaje mi się nieomal obelgą. To bardzo powierzchowny obraz wszechświata. Myślę, że rzeczywistość, która znajduje się za tą widzialną, namacalną, jest nie do opisania. Są takie momenty, w których czujemy pewien rodzaj intymności czy też posiadamy przeświadczenie o jej istnieniu, ale nie ma słów, którymi można by ją wyrazić. Wydaje mi się, że każdy posiada tego rodzaju doświadczenia. Nie chodzi o te, o których możemy znaleźć u mistyków. Wystarczy jednak poczytać książki z dziedziny fizyki czy astronomii. Emily Dickinson, która jest jednym z moich najbardziej ulubionych poetów, bardzo była tym tematem zafrapowana. Odbyła bardzo krótką edukację, która jednak była jak na tamte czasy na wysokim poziomie. Pobierała między innymi lekcje astronomii. Już do końca życia nie mogła tych lekcji zapomnieć. W jednym z listów mówi, że z religią jest trochę jak z cyrkiem, który przyjeżdża do miasta. Na pewnym obszarze ziemi ludzie stawiają namioty, a potem na trapezie popisy daje Duch Święty. Wszyscy się schodzą, biegną, by zobaczyć przedstawienie, a następnie odchodzą. Zostaje tylko kawałek ziemi i puste niebo. Myślę, że Dickinson nigdy sama nie opublikowała swoich wierszy, bo się bała. Wiele jej myśli jest bardzo śmiałych, mogły być poczytane za bluźnierstwo. Mimo to czytając jej wiersze odnosi się wrażenie, że wierzyła w Jezusa jako Boga.

opracowanie Prekursor