Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Recenzje  "W wierszach Dąbrowskiego słowa są jak wsteczne lusterka, w które zerkamy, by upewnić się, że to, co zniknęło nam z oczu, wciąż istnieje"  

Data dodania: 2013-10-30

"W wierszach Dąbrowskiego słowa są jak wsteczne lusterka, w które zerkamy, by upewnić się, że to, co zniknęło nam z oczu, wciąż istnieje"

Pomiędzy

Polecamy tekst Pawła Próchniaka o tomie "Pomiędzy" w najnowszym numerze "Twórczości"

SZRON WYOBRAŹNI

Pomiędzy? Czyli gdzie? W jakimś nie tutaj i nie tam? W szczelinie czegoś nieokreślonego? W pustym prześwicie? Nigdzie? Czy może odwrotnie - pośród, wewnątrz, w środku? Czy to wysunięte na tytuł tomu Tadeusza Dąbrowskiego „pomiędzy" mówi o utracie oparcia, o zawieszeniu w pustce? Czy raczej jest drogą, ruchem, otwartą możliwością? Czy jest jak nasze życie - rozpięte między narodzinami a śmiercią, między tym, że kiedyś nas nie było i znów nas nie będzie? Czy jest jak to znikliwe, niepewne życie, którego doświadczamy w poczuciu uwięzienia, ugrzęźnięcia w ciele, zamurowania w naszej własnej tożsamości, ale zarazem - przeciwnie - doświadczamy go w rozpoznaniu, że jest mostem, który wciąż kładzie się nam pod stopy, nigdy się nie kończy, biegnie w nieskończoność? Nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Powtarzam je więc tylko, pamiętając, że w pytaniu zawsze już kiełkuje odpowiedź i że to dykcja pytań jest językiem prawdy, że prawda właśnie w pytaniu zakorzenia się i rośnie.
Tadeusz Dąbrowski jest poetą pojemnej anegdoty, która - owszem - ma w sobie coś z przypowieści, ale jest też oszczędną, zdystansowaną, niemal oschłą relacją, spisaną pod dyktando skostniałej z zimna wyobraźni. Taka anegdota to miejsce nieokreślone literatury - leżące gdzieś pomiędzy wierszem a prozą, w dziwnej dymensji wytartych wyrazów, które są suche, ubogie, ograbione ze swoich niegdysiejszych sensów, a mimo to otwiera się w nich wiejąca chłodem szczelina, która sprawia, że znaczą więcej, że biorą na siebie znaczenia sfatygowane, kulejące, niekiedy wręcz puste, ale dudniące przy tym echem czegoś istotnego, czegoś, czego na co dzień nie ma pośród słów.
W jednym z wierszy pomieszczonych w zbiorze "Pomiędzy" powiada Dąbrowski: „Nasze życie / dzieje się w każdej chwili w każdym słowie" (***[Za oknem pada deszcz]). To zdanie można - i zapewne trzeba - rozumieć na kilka sposobów. Mówi ono między innymi, że w każdym słowie jest całe nasze życie i dzieje się tak zawsze, w każdym momencie - również teraz. A jeśli istotnie żyjemy we wszystkich słowach, jeśli życie słów jest i naszym życiem, to trzeba pozwalać słowom żyć pełnią życia. Trzeba chronić je przed uwięzieniem w tautologii, w słownikowej definicji. Trzeba ich strzec przed tymi momentami, gdy „nabierają / wody w usta", zacinają się w sobie, milczą (***[Ludzie wymieniają słowa]). W tym zaciętym milczeniu zaczyna pienić się atrofia znaczeń, śmierć sensu - sensu, który zawsze jest mżeniem, mrowieniem, dreszczem, rysą pęknięcia, szczeliną nietożsamości.
W wierszach Dąbrowskiego słowa są jak wsteczne lusterka, w które zerkamy, by upewnić się, że to, co zniknęło nam z oczu, wciąż istnieje. Ale niekiedy te słowa błądzą też pośród „nagich czarnych drzew skwierczących na mrozie" i w tym błądzeniu wychodzą naprzeciw czemuś, co wyziera „zza grubej tafli lodu w kolorze rybiej / łuski" (***[Dlaczego akurat to zimowe popołudnie]). Od takich obrazów można dostać dreszczy, również dlatego, że same są dreszczem wyobraźni. Tych dreszczy nie ma w "Pomiędzy" zbyt wiele. Jeśli zjawiają się, to nie są łatwym chwytem. Z trudem odnajdują się w świecie słów. I może właśnie dlatego niektóre z nich robią tak mocne wrażenie. Uderzenia zimnej wyobraźni przekładają się na wiersz „spokojny jak śpiący najgłębszym snem // albo jak trup" (***[Robię notatki z Lacana]). Taki wiersz - poddany działaniu mocnej narkozy, wiersz letargiczny, letalny - dryfuje w ciemności, przesiąka na drodze dziwnej, niejasnej osmozy w głąb drzemki starego człowieka, w głąb jego uobecniającej się nieobecności, w głąb snu, który zagarnia życie, wywraca je na nice, unieważnia i zarazem podtrzymuje. Uśpiony wiersz jest niczym szalupa - dryfująca po wodach nocy, szukająca przystani. Taką przystanią może być „oddech śpiącej żony" (***[Staram się żyć tak, jakbym nazajutrz miał umrzeć]) i jej promieniejąca od snu twarz. Ta przystań to brzeg życia, przy którym cumuje falujące, wiecznie wzburzone istnienie kogoś, kto słucha spokojnego oddechu śpiącej i patrzy na jej jasną, spokojną twarz. W "Liście do śpiącej żony" brzmi to w ten sposób:

[...] Wczesny
świt. W tym świetle jesteś ciałem niebieskim.
Patrzę na ciebie i wydaje mi się,
że patrząc, nadaję ci sens.
A nadaję go sobie.

W wierszach autora "Wypieków" rzadko trafiają się takie bliki światła, jasne rozpoznania, chwile pewności. Chłód rządzącej tą poezją wyobraźni bierze się - tak sądzę - z poczucia, że dar sztuki, dar poezji, to odsłonięcie się wiedzy, która oślepia i poraża, otrzeźwia złudzenia, sprawia, że przestajemy być dziećmi. Dąbrowski powiada w "Pomiędzy", że nasza codzienna egzystencja to bieganina w labiryncie wielkiego centrum handlowego bez wyjścia, że jesteśmy jak szczury, które golą sierść i stają na tylnych łapach, że żyjemy w świecie, gdzie wszystko jest na odległość trzech kliknięć, a słownik w telefonie podpowiada nam, co mamy do powiedzenia. Wiele w tym prawdy. Choć nie jest to prawda, której nie znalibyśmy od stu lat z niemałym okładem. Rzecz jednak nie w sileniu się na wymyślne diagnozy. Trzeźwe spojrzenie to dziś i tak bardzo dużo.
To trzeźwe spojrzenie nie od dziś wybiega u Dąbrowskiego w niebo, które milczy -" jak grób, jak Bóg, jak bruk"; w tym kamiennym milczeniu „nieba / wybrukowanego czaszkami umarłych" (***[Bruku, przepraszam]) objawia się Bóg długonogich komarów - „Bóg pająków czy much" ("Trzy wiersze o komarach"). Do takiego Boga można modlić się być może tylko szczurzą modlitwą - modlitwą niepokojąco trzeźwą: „Zastanawiam się, kto nas karmi, kto // rozsypuje trutki, rozstawia pułapki" (***[Jestem jednym z dziesięciu]). Ale modlitwą do niego jest też to rosnące pragnienie, by rzucić się w przepaść, od której nic nas nie oddziela nic, prócz umownych granic, jakie wyznacza nam pewną ręką wodogłowy geniusz naszych czasów, karłowaty duch ponowoczesnej cywilizacji.
Bohater wierszy Dąbrowskiego to trzeźwy, nieco zgryźliwy, ironista - kieszonkowy Eklezjasta, Kohelet komarów. Ale też znudzony swoją rolą urzędnik od wierszy, wieczny stypendysta poezji, umęczony niekończącą się podróżą donikąd. Zmieniają się miejsca, łóżka, kobiety, ale w istocie nic się nie zmienia, wszędzie jest tak samo. Wszędzie ta sama nuda i ta sama swojska stęchlizna, z której -jak czytamy - „rodzi się / życie" ("W drodze do Jerozolimy"). W tym życiu - bujającym się niczym hamak między słońcem a księżycem -można by zamieszkać wierszem, można by w nim nawet szukać oparcia, również dla poezji, gdyby nie nieznośny egotyzm kogoś, kto pcha się do wiersza - mówi w wierszu, mówi wierszem, bierze jego słowa w swoje posiadanie. To w tej egotycznej pustce skwierczy nuda. Nuda - aż mdli. I właśnie przeciwko niej protestuje wiersz - układa się w słowa prostej, naiwnej, tkliwej prośby: „Wołam was: / numizmatyko, filatelistyko, rybki i samoloty / z dzieciństwa, na powrót mnie pochłońcie. [...] Niech / coś mnie pochłonie [...]. I niech to nie będzie tylko / piękno, tylko piekło" (**#[Ten moment przed snem]). Czy taka prośba nie sięga niemożliwego? Czy coś może uczynić jej zadość? Czy piekło piękna jest czułe na nasze wołanie? Czy dotknięcie jego ognia jest na ludzką miarę? Być może. Ale prawdziwe piękno przychodzi nieproszone. Zjawia się nieprzejednane jak Szeol, potężne jak śmierć. I zostawia miejsca obolałe, zdruzgotane, wypalone. Te miejsca są - powtarzam za poetą -„jak dziury po gwoździach" i jak „pusty grób" (***[Proboszcz z Kalmaru wyznał publicznie]). Wolno może powiedzieć, że poezja Dą-browskiego jest na swój sposób teologią pustego grobu, a to znaczy wiary, która pozostaje sobą tylko wtedy, gdy nic jej nie oddziela od niewiary, jak nic nie oddziela lewej strony twarzy kobiety po wylewie od prawej strony jej twarzy, opisanej w wierszu "Portret kobiety po wylewie". Ta zburzona symetria i rowierająca się za jej sprawą przepaść - są w każdym z nas. To one czynią nas ludźmi. Każdy z nas może powtórzyć - nie bez nuty ironii, to prawda, ale i zupełnie serio:

[...] czuję w sobie lód i skwar, i tornada,
rośliny, ludzi, zwierzęta i twoje drobne
stopy, które biegną na spotkanie ze mną
ulicą wstrząsaną dreszczem deszczu

(***[Weż ode mnie trochę tego ciężaru])

Nie wiemy, kto biegnie nam na spotkanie. Miłość czy śmierć? Być może wie coś o tym serce, którego tupot chcielibyśmy usłyszeć. Coś w tej kwestii podpowiada nam może ten mrowiący szron pracującej w nas wyobraźni, ten mżący dreszcz, który niekiedy nas dosięga i scala na moment. Na razie lewa strona naszej twarzy odbija się w prawej. Prawa w lewej. Przyświadczają jedna drugiej i przeczą sobie nawzajem. Rozdzielająca je niewidzialna linia to tafla lustra, w którym widać, że to, co jest, przegląda się w tym, czego nie ma, a nieistnienie podpowiada kształt istnieniu. Tak pracuje lustro. Na czymś podobnym - tak sądzę - polega praca sztuki, praca poezji. W lustrze wiersza rozsypane słowa układają się na mgnienie w zimny płomień sztucznych ogni, w „tysiące iskier, których nie da się złożyć", a mimo to są jak „zdanie / wielokrotnie złożone do grobu'' i wciąż na nowo powstające z martwych.

opracowanie Prekursor