Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Recenzje  Tadeusz Sobolewski o "Lekkiej przesadzie": Mistyka dla początkujących 

Data dodania: 2011-06-08

Tadeusz Sobolewski o "Lekkiej przesadzie": Mistyka dla początkujących

Tadeusz Sobolewski o

Zapraszamy do lektury Gazety Wyborczej z 31 maja!

Ten wielki esej złożony z małych całostek, które można czytać osobno, jest szkicem nienapisanej powieści o polskiej inteligencji.
Tadeusz Sobolewski

"Katedry były niemodne. Modlitwa była niemodna. Modne były pisma Metodologów, niektóre filmy, nie­które książki i myśli. Lecz ja mimo to podziwiałem katedry" - pisze Zaga­jewski.
 
Ta książka na pierwszy rzut oka wydaje się ładna i zgodnie z tytułem „lekka". Przerzucam kartki „Lekkiej przesady". Są w niej podróże autora „W cudzym pięknie" do miejsc, które znamy zjego wierszy włoskie muzea i francuska katedra, jest Lwów rodzi­ców i Gliwice dzieciństwa. Portrety artystów, myślicieli. Europa. Własny rodowód wpisany w rodowód euro­pejski. A przecież chodzi tu o coś wię­cej - ta książka jest opisem walki, ła­godnej, choć nieustępliwej.
Czytając ją, odczuwam pokole­niową solidarność. Jej autor ma mniej więcej tyle samo lat co ja. Też stale słu­cha muzyki, tej, którą nazywamy nie­trafnie „klasyczną" albo „poważną", od Bacha do Szostakowicza. To słu­chanie stwarza przestrzeń wolności, bo „muzyka zabija systemy", wyraża to, co indywidualne, niepowtarzalne, człowiecze, kontaktuje nas z nami sa­mymi. Jest obroną tych, którzy pozo-stają poza systemami i potrzebują „spokojnej kontemplacji świata", któ­rzy „nie noszą żadnej legitymacji".
Ten wielki esej złożony z małych całostek, które można czytać osobno, jest szkicem nienapisanej powieści o polskiej inteligencji. Motyw wysie­dlenia rodziny ze Lwowa stanowi jed­ną z kluczowych metafor. Wysiedle­nie jest bowiem tym, co łączy tych lu­dzi z postaciami wielkich artystów XX w. i z losem samego autora. Wysiedle­ni, nawet jeżeli sami nie piszą ani nie malują, „mają coś z artystów" - „no­szą sekret, noszą w sobie przepaść, brak, tęsknotę". „Lekka przesada" jest rehabilitacją tego braku, tej tęsknoty, która okazuje się, kto wie, równo­znaczna z polskością?
To nie jest tylko tęsknota za przed­wojennym Lwowem. Czy dla tej zbiedniałej szlachty czasów zaborów, która w XX w. „zasiliła armię inteligentów, nie­zamożnych nauczycieli, rejentów, sę­dziów, lekarzy", już dwudziestolecie międzywojenne, dające przedsmak no­woczesności, nie było rodzajem wysie­dlenia? Poczucie wykorzenienia, które wydaje się cechą tylko naszych czasów, Zagajewski oswaja, roztapia w innym, szerszym doświadczeniu, odnajduje w genealogii rodzinnej i ukazuje je jako wartość.
Ponowoczesnym prorokom nicości przeciwstawia innych myślicieli i po­etów, także tych niemodnych, zapo­mnianych. Spotykają się w tej książce w nieoczekiwanych konfiguracjach, zga­dzając się nagle wjakimś punkcie, jak katolik Paul Cłaudel i nihilista Emil Go­ran. Obraz osławionej „płynnej rzeczy­wistości" - epoki, którą Zygmunt Bau­man opisał jako „wyzbytą wiary w sie­bie i odwagi projektowania modeli ide­alnych", „niewyznaczającą sobie żad­nego celu", w której „życie i śmierć stra­ciły swój ostateczny i nieodwracalny charakter" - pod piórem Zagajewskie­go traci złowrogą spoistość.
W epoce, w której -jak zauważa - „na­leży pisać ironicznie i płasko", stawia sobie zadanie przekorne: wyrazić żar­liwość i entuzjazm dla życia w sposób wiarygodny. Bo entuzjazm nie kłamie.
Ale jak można go wyrazić dziś, wję-zyku zdeprawowanym reklamą i han­dlem? Jak znaleźć miejsce dla subtel­nych bytów, które kryją się pod staro­świeckimi słowami „tęsknota" i „ma­rzenie" - nie stając się przy tym niewol­nikiem nowych utopii? Jak znaleźć uczu­cia metafizyczne - w świecie rzekomo ich pozbawionym? Jak po norwidowsku „bywać poetą", nie tracąc kontaktu z życiem? Jak być gombrowiczowskim „spacerowiczem", nie tracąc kontaktu z „duszą nieśmiertelną"? Jak, mając sceptyczne przekonanie, że mowa po-etyckajest „lekką przesadą", uwierzyć, że właśnie onajest prawdą?
Ta książka rozpuszcza jeden po dru­gim złowrogie komunały ponowocze-sności. Choć właśnie Zagajewski wy­daje się w szczególny sposób autorem ponowoczesnym, obieżyświatem, któ­ry swobodnie ukladabagaż kultury dawnej i nowej, wysokiej i potocznej, ro­dzinnej i światowej. Wyjątkowo pojem-nyjest plecak Zagajewskiego, jakby wy­bierający się w drogę autor z niczego nie chciał rezygnować.Czytam Zagajewskiego zaraz po Houellebecqu, po obejrzeniu „Melan­cholii" von TYiera, dokumentu „Po za­chodzie" Geyrhaltera, po „Habemus papam" Morettiego - przejmujących wi­zjach końca, obrazach świata odczaro-wanego, pozbawionego spoiwa, w przy­padku von Triera wręcz przyzywają­cych śmierć. Myślę, że Zagajewski w swojej poezji i w esejach też zmaga się z kulturowym poczuciem wyczerpa­nia. Ale znajduje własną ścieżkę i od­powiedź w tym, co nazywa „lekką prze­sadą", „mistyką dla początkujących", „uniesieniem, które nie zna pustki".
Duch poezji wcale nie umarł, po­dobnie jak duch religii. Jest dostępny zwykłym zjadaczom chleba, tylko w spo­sób niezauważalny -jak mieszkańcom Chartres, o których pisze Zagajewski we wspaniałym opisie katedry, że przechodzą przez nią „jak przez dworzec", skracając sobie drogę do pracy. Zaga­jewski szuka z nimi powinowactwa, bo sam należy do pokolenia, które czuje się „formacją przejściową". Zwraca się do rodziny, portretuje ludzi, którzy nie zo­stawili po sobie wielkich dzieł, a „tylko żyli". Sam obiegł cały świat, od Paryża po Houston, sam stał się nauczycielem, a teraz, po latach, wraca do swoich.
Sens tej książki kryje się we frag­mencie o zwiedzaniu bolońskiego mu­zeum. Jest to właściwie rozpisany pro­zą wiersz. Wzrok narratora przenosi się od wiszących na ścianach renesanso­wych obrazów do otwartego okna na ulicę, przez które widać inne okna, a w nich mieszkańców okolicznych ka­mienic. „Odbywały się przygotowania do kolacji. Ktoś płukał sałatę, kto inny siekał cebulę. Stary mężczyzna powoli krzątał się w dużej, dziwnie sinej kuch­ni, jak ksiądz w pustej kaplicy".
Zagajewski jest mistrzem takich po­równań, w których rzeczywistość, zo­baczona momentalnie, jak w natchnie­niu, nabiera cech dzieła sztuki, staje się „wieczna", ujawnia swój obrządek. Uży­wając terminologii religijnej - zostaje w tym momencie „zbawiona" czy uspra­wiedliwiona. W tej krótkiej sekwencji, jak w kinie, idziemy za spojrzeniem au­tora. Przenosząc wzrok od obrazów do prawdziwych ludzi za oknem, autor my­śli z wyższością „oni tylko żyją" - tak jakby ci z obrazów mieli nad żywymi przewagę i jakby on sam, stojąc w sali muzeum, należał do tej „małej wieczności". Nie trwa to długo. „Wkrótce po­kornie dołączyłem do moich żywych i głodnych współbraci i razem zjedliśmy kolację". „Żyję z nimi i z nimi umrę". Tak, ale sekret „Lekkiej przesady" po­lega właśnie na tym, żeby widzieć dwie strony, patrzeć na życie od strony sztu­ki, a na sztukę od strony życia - gdy ży­cie, przez to, że przemija, dążąc do nie­znanego celu, nabiera cech sztuki.
Jest w tej książce jeszcze jedna war­stwa: Polska i polskość - ukazane nieja­ko los ani tym bardziej krzyż, na który jesteśmy skazani, tylko jako możliwość wyboru. Gdybyśmy mieli wybór, co mo­głoby nas pociągać w tej „starej tkani­nie, na której są czarne plamy antyse­mityzmu, głupoty, bigoterii, ale są też fragmenty piękne, szczątki złotogło­wiu"? Co takiego kazało kosmopolicie Józefowi Czapskiemu wybrać polskość?
„Cywilizacja niemiecka - to była ogromna budowla, fenomenalny maga­zyn ludzi i rzeczy, ozdobionych złoci­stymi gwiazdami Goethego, Schillera i Kanta...". A co po polskiej stronie? „Głównie marzenie, tylko marzenie... Wielcy poeci, mało znani w świecie, i Fry­deryk Chopin... Grupki szlachetnych, bezinteresownych inteligentów, kółka samokształceniowe, kawiarnie zapeł­nione poetami". Szukali sprawiedliwego państwa. „Marzenie jest sprawiedliwe. I przenośne. Marzenie jest sprawiedli­wością - potencjalną tylko" - pisze Zaga­jewski. A przecież Polska, jak i Irlandia, „biedne, żyjące tylko w snach, umiały przyciągać fanatycznych zwolenników i pokonać prawdziwe mocarstwa".
Po tej wzniosłej apostrofie do pol­skości następuje rozbrajające porów­nanie: ucieleśnieniem polskości staje się przedwojenny wuj Józio. „Nieco lu­natyczny", chodził po domu w piżamie wobec całej rodziny ubranej normalnie -jak Polska pod zaborami wobec resz­ty Europy. To porównanie ma bogatą genezę. Nawiązuje do norwidowskiej Polski „rozebranej" i do gombrowi-czowskiej Polski „niegotowej", wciąż pełnej możliwości. Ta Polska usiłuje so­bie na gwałt przyswoić zachodnią me­lancholię schyłku i wszelkie izmy po-nowoczesności, importuje „systemy bę­dące trucizną umysłu", o których Za­gajewski pisze z niezwykłą u niego iry­tacją jak o „sektach", z których każda ma swojego paryskiego proroka.
Zagajewski kocha to, co indywidu­alne. Wie, że na dobrą sprawę „niczego nie nauczyliśmy się w ciągu tych wszyst­kich lat, niczego nie rjotrafimy wyjaśnić. Powtarzamy tylko (jak Iwaszkiewicz): oto prawda, oto miłość, oto śmierć".

opracowanie Prekursor