Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Recenzje  „Miło mi jako czytelnikowi wraca się po latach do tak odświeżonego egzystencjalizmu w jego niemal klasycznym wydaniu" 

Data dodania: 2020-09-06

„Miło mi jako czytelnikowi wraca się po latach do tak odświeżonego egzystencjalizmu w jego niemal klasycznym wydaniu"

Okładka tomu Krzysztofa Siwczyka

Karol Maliszewski o tomie "Osobnikt" we wrześniowym numerze ODRY

„To, co nazywa się poezją...”

Poruszająca zagadkowość tytułu nowej książki Krzysztofa Siwczyka (Osobnikt, Kraków 2020) jest zachętą, żeby iść dalej. Choćby po to, by rozstrzygnąć, które z narzucających się odczytań są bliższe prawdy. Najpierw wikłamy się w dwuznaczność „osoby” i „osobności”, a potem przywołujemy wszelkie skojarzenia związane z „człowiekiem-nikt”. Ta długa tradycja filozoficzna i mistyczna kojarzona jest u nas choćby z pewnymi fragmentami dzieł Stachury, ale przecież gdzieś w tyle głowy wyświetla się tytuł powieści Tomka Tryzny Panna Nikt. Pierwsze skojarzenie miałem jednak z poezją Tadeusza Różewicza, wciąż Siwczykowi bliską, z występującymi w niej odkryciami związanymi z kategoriami „nic” i „nikt”. „Osobnikt” to może w którym znaczeniu ktoś, kto jest nikim zupełnie osobno, na swój sposób. Ot, taki osobnik, za którym wlecze się „t”, niczym jakaś przypadkowa literka ze spisu ludności. I tu otwiera się kolejna mała przepaść, z której należy wydobyć różnicę między „osobą” a „osobnikiem”. To pierwsze słowo brzmi dumnie, wyrasta z długiej tradycji filozoficznej, której uwieńczeniem są dociekania personalistyczne. Natomiast drugie wrzuca nas w tradycję biologistyczną, wedle której rozmaite osobniki zamieszkują przypisany im biotop.

Brzmienie i wymowa tytułu tomiku są na tyle mocne, że następująca po tytule lektura w pierwszym impulsie nie odbiega daleko od tych właśnie tropów. Czytałem więc, szukając osoby, osobowości, osobności splątanych i zbitych w jedno, w „osobnika” obsesyjnie krążącego wokół „nicości” własnej, gatunkowej i społecznej. Ta dobrze znana w tej poezji cokolwiek Cioranowska figura zaczyna swoją opowieść tym razem inaczej. Od deklaracji miłości. Oczywiście w pięknym motcie z Eugenio Montalego (w przekładzie Jarosława Mikołajewskiego) jest obowiązkowe „nic”, lecz opatrzone natychmiast sugestią afektu. Gdy nie ma czegoś innego, trzeba kochać to, co się ma, choćby tym było zwykłe, ludzkie „nic”: „Nie było/ niczego, absolutnie niczego za nami,/ i niczego rozpaczliwie nie kochaliśmy bardziej od tego nic" (...)
 
Poświęcony „pamięci Stanisława Barańczaka” Osobnikt każe szukać dalekich reminiscencji związanych z „nikim”, człowiekiem bez właściwości, szeregowym i szarym obywatelem PRL-u, a więc podsuwa się jeszcze inną możliwość refleksji związanej z osobnikiem i jego osobistą historią. Podsuwa, ale i nie podsuwa, ucieka się od zbyt łatwych skojarzeń związanych z „wyciem syren, w godzinie policyjnej”. W tej prozie poetyckiej czy może małym eseistycznym obrazku widoki na historyczno-realistyczną dosłowność są raczej znikome, szybko się krusząc pod naporem innych subtelnych szczegółów wspomnienia. Dzieciaki pokazane w tym migawkowych spektaklu szybkiego dojrzewania zbiegają do piwnicy, spotykają się w suszarni, łapiąc ukradkiem chwile intymnego szczęścia. Razem, ale osobni: „kt”, na przykład Krzysztof i Teresa.
Narrator wszystko to widzi przez zachlapaną i spękaną szybą piwnicznego okienka. I ta szyba, i piwnica są tu metaforami patrzenia w głąb, sugerują istnienie głębszej warstwy świadomości. Stamtąd wydobywa się to, co ma charakter egzystencjalnego olśnienia, co podsumowuje pewien rodzaj doświadczeń. Cofając się w czasie, narrator raz jeszcze ustanawia sens tej, jakby archetypicznej, sytuacji. Rozmawia z cieniem ówczesnej „partnerki”, kierując do niej słowa: „Nie wierz sobie, wszystko, co będzie tobą, musi minąć, by kłamać do żywego w bielmo nieba, gdy siądziesz stara i zmęczona”. Największy wstrząs wiąże się z odgrzebanymi z pamięci słowami dziewczyny – „czemu ty czemu teraz”. Bohater kiedyś je zignorował, odmówił (i „obmówił”) im sensu, teraz uderzają w niego z niezwykłą siłą i celnością. Może to właśnie one, jako najważniejsza część przeszywającego go wspomnienia, wydobywają osobnika z biologicznej (a w gruncie rzeczy też historycznej) „nicości”? Namysł nad tymi pytaniami z „nikta” czyni na moment „kogoś”. Czemu ty? Czemu teraz? Czemu ja? Podkreślam: na moment. Sugerowana w tych tekstach perspektywa poznawcza nie pozwala na więcej.

W czym dodatkowo może nas utwierdzić lektura "Odosobnienia", utworu znów gaszącego chwilowo rozbłysłe światło. Powracamy do laboratorium i poruszamy się w nim po omacku. Próby wyłonienia osoby skwitowano w tym tekście niemal złośliwie. Mechanizmy homogenizacji pozwalają od czasu do czasu na małą, może i spektakularną, szamotaninkę, lecz potem robią swoje: „szlachtują”, „równają”, „rzeźbią”. Fantomowym podmiotom niektórych wierszy wydało się zbyt wiele – rozanieliły się czy też zbiesiły – i teraz poddane ponownej kontroli wracają pod klucz: „Wreszcie razem, w koszarze,/ w koszmarze rzezi snów”. Punktowe światło skierowano w tym laboratorium redukcji na dwie osoby, na dwóch osobników „podobnych do całej reszty”. Na placu boju, i niedoszłego podboju, pozostały dwie figurki – „ty i ja”. Z pędzonego do zagrody tłumu wyłoniły się siłą języka, „wyosobniły” właśnie one, i teraz będą „w odosobnieniu, na małej przestrzeni” pokazywać „na co jeszcze je stać”. To chyba koronne hasło zachodzących w tym laboratorium procesów. Obok „czemu ty czemu teraz” – „na co cię jeszcze stać, co jeszcze zdziałasz”. Miło mi jako czytelnikowi wraca się po latach do tak odświeżonego egzystencjalizmu w jego niemal klasycznym wydaniu (...)

opracowanie Prekursor