Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Recenzje  Jubileusz Julii Hartwig. Niechętnie kończę każdy dzień 

Data dodania: 2011-08-10

Jubileusz Julii Hartwig. Niechętnie kończę każdy dzień

Jubileusz Julii Hartwig. Niechętnie kończę każdy dzień

Z Poetką w najnowszym numerze Tygodnika Powszechnego rozmawia Kalina Błażejowska.





Julia Hartwig, poetka:
Wpół do pierwszej w nocy zmuszam się do odłożenia pracy, żeby nie mieć zmarnowanego poranka. Bo jak za późno wstanę, to mam wyrzuty sumienia. Ale któż nie cierpi z powodu wyrzutów sumienia?

 

Kalina Błażejowska: Kiedy wydawnictwo Sic! zleciło Pani napisanie autobiografii, zamiast niej opublikowała Pani swoje dzienniki z podróży. Pani bardzo lubi autobiografie, dlaczego nie chciała Pani napisać własnej?

Julia Hartwig : Ja ją nawet zaczęłam i sporo napisałam, ale byłam bardzo niezadowolona z efektów. To było za mało żywe. Pomyślałam więc, że dam dziennik, który jest prawdziwym odzwierciedleniem życia codziennego. Zwłaszcza że był to dziennik urozmaicony, bo opisywał wyjazdy zagraniczne. Nowe wrażenia, nowych ludzi, spotkania z przyjaciółmi - Brandysami, Jeleńskim, Giedroyciem, kontakt z „Kulturą", słowem: bardzo bogate życie. Z kolei mój ostatni dziennik, który teraz wyjdzie w Wydawnictwie Literackim, ma inny charakter. Jest w nim o wiele więcej uwag o lekturach, więcej refleksji, w miejsce wrażeń z podróży. Zaczęłam go pisać kilka lat temu, trochę pod wpływem rozmowy z Piotrem Sommerem: „Napisałaś dziennik amerykański, czemu nie napiszesz dziennika polskiego?". Bardzo mnie to zastanowiło. Zgodziłam się, chociaż nie potrafię prowadzić dziennika szczegółowego z wyliczeniami, gdzie byłam i co robiłam, nie wydaje mi się to ciekawe. Zwłaszcza że w późniejszym wieku ma się stosunkowo mniej do opisania.

Od czego Pani zaczęła tamtą autobiografię?


To jest dobre pytanie... Zaczynałam tak, jak się na ogół zaczyna: od miejsca, w którym się urodziłam, czyli Lublina. Natomiast w tym moim nowym dzienniku piszę takie przekorne zdanie, że nie zaczynam od Lublina, gdzie się urodziłam, ale od Paryża, gdzie się ukształtowało moje wyobrażenie o kulturze i sztuce.

Proszę jednak zacząć od czasów lubelskich.

Pani mnie skłania do mówienia czegoś, o czym bardzo mówić nie lubię. Nie dlatego, że nie lubię tego okresu; po prostu nie lubię go wspominać, nie wydaje się dla mnie ciekawy i znaczący, ale prawdopodobnie nie mam racji. Więc urodziłam się w Lublinie 14 sierpnia 1921 r. Ojciec był Polakiem, fotografem, matka Rosjanką. Pojawili się w Lublinie z powodu okoliczności historycznych - uciekali przed rewolucją bolszewicką. W Rosji byli ludźmi zamożnymi, kiedy przyjechali do Lublina, musieli zaczynać od niczego. Mieszkaliśmy w dwóch pokojach z kuchnią, co było stanowczo zbyt skromnie jak na to, że byłam piątą osobą z rodzeństwa. Urodziłam się późno, prawdopodobnie już się mnie nie spodziewano. Ten okres zapamiętałam bardzo dobrze, bo byliśmy wszyscy razem - rodzice, ja i czworo dorastających dzieci, czyli moje rodzeństwo. Był to okres szczęś-liwego życia rodzinnego, w którym formowała się osobowość młodych ludzi, w tym dwu o nieprzeciętnych talentach. Myślę o bracie Walentym, późniejszym znanym profesorze medycyny, twórcy polskiej endokrynologii, i o Edwardzie, który był znakomitym fotografikiem, sławą międzynarodową. Miałam z nim bliski kontakt, pisałam do jego albumów wstępy. Zresztą dotąd lubię fotografię, ale sama nigdy nie fotografowałam, bo od wczesnego dzieciństwa za dużo było tej fotografii w rodzinie. Kiedy matka odprowadzała mnie do szkoły, zatrzymywałyśmy się zawsze w katedrze, gdzie chciała się pomodlić. W ogóle nie brała pod uwagę sprawy różnicy między prawosławiem a ka¬tolicyzmem. Modliła się tam, gdzie chciała, a w ogóle modliła się rzadko, zbyt była na to zajęta. W mojej rodzi¬nie nie było jakiegoś szczególnego przewodnictwa życia katolickiego. Raczej mówiło się o życiu przyzwoitym, uczciwym, i te wskazówki w nas wsiąkły na dobre. Straciłam matkę, kiedy miałam 9 lat. Popełniła samobójstwo. Niewątpliwie tłem była ogromna nostalgia, tęsknota za krajem i rodziną. Matka nie tylko była oddalona od rodziny, ale także nie mogła się z nią komunikować, żadne jej listy do Rosji nie dochodziły. Żyła, nie czując oparcia w bliskich. Zacho¬wałam o niej bardzo dobre wspo¬mnienie, była osobą mądrą, spokojną, uważną, nigdy nie podnosiła głosu, ale miała autorytet, potrafiła zawsze dać sobie radę, zwłaszcza że piątka dzieci to nie żarty.

opracowanie Prekursor