Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Recenzje  Historia pewnej przyjaźni 

Data dodania: 2012-12-14

Historia pewnej przyjaźni

Wspólna obecność

Joanna Szczęsna o korespondencji Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego z Anną i Jerzym Turowiczami

Historia pewnej przyjaźni 
      ( Gazeta Wyborcza, 7 XII 2012)  
U początków tej przyjaźni znajdujemy nieoczywisty i wymagający pewnej śmiałości gest. Oto młoda kobieta zwraca się do praktycznie obcego,  starszego o dekadę mężczyzny, z prośbą, by poszedł na Cmentarz Rakowicki i w jej imieniu złożył kwiaty na grobie jej tragicznie zmarłego miesiąc wcześniej w wypadku samochodowym narzeczonego, Ksawerego Pruszyńskiego („między 11-tą a 12-tą, w przypuszczalnej godzinie śmierci”), bo ona sama nie może przyjechać do Krakowa.  
Ta młoda kobieta to Julia Hartwig, tłumaczka i poetka, wtedy - w 1950 roku - jeszcze właściwie nie znana, opublikowała zaledwie garść wierszy w prasie (debiut książkowy jest wciąż przed nią) i parę przekładów. 
Adresat prośby to Jerzy Turowicz, katolicki intelektualista o otwartym sercu i umyśle, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”. Publikował tam opowiadania i artykuły Ksawerego Pruszyńskiego, przedwojennego konserwatysty, państwowca, człowieka z piękną wojenną kartą (uczestnik bitwy pod Narwikiem i Falaise), który w 1945 r. zdecydował się wstąpić do komunistycznej służby dyplomatycznej.
„Tylko w wierzących katolikach jest taka powaga wobec spraw ostatecznych i wobec ludzi nimi dotkniętych, jakiej na próżno szukać gdzie indziej - dziękowała Turowiczowi za słowa pociechy i spełnienie jej prośby Julia Hartwig. - Kiedy przychodzi się zwrócić do tych, co odeszli, potrafimy przywołać tylko ich dotykalne wspomnienie, ale co dalej, co dziś, w tej chwili, gdy ich już nie ma? Szukając wokół siebie tej znikłej obecności, wierzę, że trwa ona, mimo wszystko. Łatwo pewnie uwierzyć w koniec zła, ale nie sposób w koniec, tak przypadkowy, cnoty i uczucia. Kiedy wszystko obsuwa się spod nóg ludzie systematycznie wierzący wydają się godni zazdrości. Ale opory przyjęcia zewnętrznych oznak kultu bywają zbyt wielkie (…) Może tak mówią nieucy i pyszałkowie, ale mówi tak także człowiek zagubiony, który szuka nie żeby odrzucić, ale żeby okrucieństwu istnienia sprostać”.
„Oczywiście, że ludzie wierzący są godni zazdrości, choć może nie jest zawsze rzeczą łatwą być chrześcijaninem - odpowiadał Turowicz. - Właśnie dlatego, że jesteśmy źli i mali , i właśnie dlatego, że być chrześcijaninem to jest przede wszystkim olbrzymia odpowiedzialność. (…) Wiem, że uwierzyć nie jest łatwo. Kościół widziany z zewnątrz jest czymś niepokojącym i niepojętym, wiele cech jego musi odpychać, stwarzać ogromne opory. Wydaje mi się nieraz, że gdybym nie wierzył, gdybym był na zewnątrz Kościoła, byłbym chyba jego zawziętym wrogiem.”
Ton tych pierwszych listów, ich szczerość i powaga, od razu ustalił temperaturę znajomości, która z czasem przerodziła się w relację niemal rodzinną, choć przez pierwsze kilka lat korespondenci zwracać się będą do siebie oficjalnie per „pan”, „pani”. Na przestrzeni pół wieku wymienili kilkaset listów (nie wszystkie się zachowały; w zbiorze, który ukazał się akurat nakładem wydawnictwa a5 jest ich 385), do korespondencji włączyli się również małżonkowie - Anna Turowiczowa i Artur Międzyrzecki.        
Kiedy pod koniec 1951 r. Julia Hartwig dostała w Warszawie przydział na kawalerkę, od razu zaprosiła do siebie Turowiczową: „Martwię się trochę, że może u mnie nie dość ciepło, bo kaloryfer jakiś nieżyczliwy, ale będziemy palić elektryczny piecyk, kiedy przyjdą zimne czasy - zachęcała. - Gorsze, że nie uprzedziłam Panią o jednym, a to może Panią odstraszy. Nie udało mi się zdobyć zapasowego łóżka, tak że jest tylko jeden tapczan, choć bardzo szeroki i kiedy są dwa okrycia separacja jest niemal zupełna. Ale jednak jest to problem, a może Pani właśnie nie ma ochoty spać w takiej - bądź co bądź - intymności? Drapię się więc w głowę i martwię. A jeśli to Pani stanowczo nie odpowiada, a przecież to byłaby rzecz najnaturalniejsza w świecie - to co robić? Jeśli więc Pani z tych względów odrzuci moją gościnę - to muszę złożyć uszy i nic nie mam prawa mówić, samam sobie winna. Ale jeśli się Pani zdecyduje - czekam z radością”.
Wspólny tapczan jakoś nie odstraszył Pani Anny, mało kto dysponował wtedy pokojem gościnnym, powojenna mizeria była powszechna. Spędziła kilka dni u poetki, a już w następnym liście stała się po prostu Anną. W końcu to naturalne, że jest się na „ty” z osobą, z którą dzieli się łoże (na „ty" z Jerzym Turowiczem Julia Hartwig przejdzie kilka lat później).  
Listy Anny wnosiły do korespondencji wątki praktyczno-życiowe, była matką trzech córek, szybko została babcią, to na jej głowie spoczywało prowadzenie domu (była jednak również utalentowaną tłumaczką z francuskiego i wielką fanką Rzymu, który poznała dogłębnie i ze znawstwem opisywała). W Julii miała wdzięczną, zawsze spragnioną wszelkich rodzinnych wieści czytelniczkę.
Kwitując list, w którym Turowiczowa opowiadała o śmierci swej matki i pierwszych miesiącach życia wnuków-bliźniaków, Julia Hartwig pisała: „Wasze listy tak wypełnione zmiennością losów, takie ich pełne, że aż od tej różnorodności w głowie się mąci. Wasza rodzina jest jak małe miasto: na jednej ulicy czarne wstążki, a już za rogiem hałasują dzieci". 
„Los robi, co chce - opowiadała Hartwig przed laty w „|Wysokich Obcasach” o pojawieniu się w jej życiu Artura Międzyrzeckiego, poety i tłumacza, z którym dzieliła miłość do francuskiej poezji i wiele wspólnie tłumaczyła. Pobrali się w 1954 r., rok później urodziła im się córka. Hartwig wyznała, że to dzięki mężowi wydobyła się z dna rozpaczy. - Teraz patrzę na okres do roku '50 i po roku '54 jako na dwa zupełnie odrębne życia. Tamto zakończyło się cierpieniem, to nowe dało mi nieprawdopodobna szansę. Trudno mi dziś wyobrazić sobie coś bardziej harmonijnego niż życie z Arturem - te same zajęcia, upodobania, to samo odczuwanie”.
Międzyrzecki, podobnie jak Pruszyński, też miał bohaterską wojenną przeszłość. Początek wojny spędził we Lwowie, zesłany do Kazachstanu opuścił ZSRR wraz z Armią Andersa. Walczył w bitwie o Anconę, Bolonię i Monte Casino, do Polski wrócił dopiero w r. 1950.
Te dwie miłości życia Julii Hartwig spotykały się w wierszach.
Dlaczego nie tańczyłam na Polach Elizejskich
kiedy tłum wiwatował na cześć końca wojny? (…)
 
Dlaczego nie rozbiłam butelki szampana
w pobliżu ich obu ubranych jeszcze w angielskie
                                                              mundury
i nie przeczuwających że kiedyś stanę u końca ich drogi?
(„Victoria", „Bez pożegnania", 2004)
 
Mężczyźni nie opowiadają kobietom o wojnie
Milczą kiedy ich blizn dotyka kobieca ręka
 
        Co wiedziała Piękna Rudowłosa o błocie i krwi
                                              w okopach Szampanii?
Madeleine poznała co prawda przechwałki artylerzysty
ale był to sam początek apollinerowskiej wojenki
I robota była jeszcze czysta (…)
 
        Czy czas nie był zbyt drogi,
by opowiadać młodej dziewczynie o ranie zadanej
                                                      w czołgu pod Falaise?
 Której kobiecie opisywano piekło pod Monte Casino?
 
Ale wszyscy oni napisali o tym wreszcie
choćby po to by przepędzić zmory nocne
Nie na użytek miłości (…)
 
Te oswojone wojny śpią we mnie
przywołując których kochałam
i którzy do końca dochowali milczenia
(„Rozłączenie", „Bez pożegnania", 2004)
Widywali się regularnie, na przemian w Warszawie i Krakowie, a mimo to wciąż dopominali o listy. Dziękując za gęsty od informacji list Turowicz deklarował: „im więcej realiów, tym prawdziwsze stosunki między ludźmi, prawie jak z literaturą”.
„Bywały dni - wspominała Julia Hartwig - kiedy Jerzy pojawiał się u nas skłopotany, bo właśnie wracał z trudnego spotkania z kimś z władzy świeckiej lub hierarchii kościelnej. Przychodził, by znaleźć ulgę i zawsze mógł liczyć na wsparcie. Był dyskretny, ale nawet z drobnych półsłówek domyślaliśmy się, jak bolały go nieprzychylne „Tygodnikowi Powszechnemu" opinie kościelnych hierarchów. Jerzy szczerze i chętnie dzielił się z Arturem i ze mną swoimi problemami, wiedzieliśmy więc, jakie kontrowersje, a nawet niechęć budziło w pewnych sferach jego pismo. Jego życie pełne było tego rodzaju utrapień. Nieraz wychodził od nas dopiero po północy, nigdy nie mogliśmy się nagadać do woli".   
Ich listy to często ciąg dalszy rozmowy. Zdarzały się w ich korespondencji długie przerwy, po których następowały serdeczne powroty. Zdawałoby się to niemal niemożliwe, ale prawda jest taka, że nigdy żaden cień nie zakłócił ich serdecznej bliskości.
Bohaterowi jednego ze swych wierszy nadała Julia Hartwig rysy Turowicza, ale nie ośmieliła się go mu zadedykować. „Portretując Jerzego kroczącego z głową w obłokach, nie zapomniałam i o zniszczonych butach, w których twardo stąpał po ziemi - przywoływała przyjaciela po latach. - Myślę, że domyślał się o kim mowa, ale nigdy nie rozmawialiśmy o tym wierszu" (mimo całej otwartości ich relację cechowała pewna dyskrecja). 
                                                                                                                                                                                                                                                                                 
Poznaję je, te buty, na nogach człowieka,
którego kocham miłością bliźniego i przyjaciela.
Myślę: to są te właśnie buty chrześcijanina, mocne
i niedbale przystające do nogi, zawsze źle oczyszczone.
Między Krakowem, Warszawą i dalekimi szlakami świata
chodziły te buty nie bojąc się deszczu ani ostrych kamieni. (…)
Bywało, że przypiekał je wulkan świętego gniewu
i chłodziły lodowce teologicznych rozważań.
Na ogół jednak głowę posyłając w obłoki
same trzymały się ziemi.
Jeśli poprosisz o te buty,
właściciel odstąpi ci je bez wahania.
Nie wiadomo jednak
czy wciąż jeszcze będą to na tobie
buty chrześcijanina.
(„Buty chrześcijanina", „Czułość", 1992)           
Rozumieli się w pół słowa. Dla dzisiejszego, zwłaszcza młodszego czytelnika, to mógłby być problem, gdyby nie zrobione z kompetencją i rozmachem przez Jana Strzałkę przypisy - lektura sama w sobie arcyciekawa i świetnie oddająca różne PRL-owskie klimaty. 
W tych listach codzienność splatała się z historią i polityką w wyjątkowo atrakcyjny patchwork (bo też korespondenci to osoby wyraziste, świadome swych osobistych i społecznych powinności).
Ta piękna przyjaźń miała swoje rytuały. Należała do nich kolacja wydawana dla Jerzego Turowicza od razu pierwszego wieczora po przyjeździe do Warszawy. Jedno z tych spotkań uwieczniła poetka w wierszu:
Jeszcze paliło się wówczas papierosy
więc w pokoju było gęsto od dymu
i telefon terkotał raz po raz
zapowiadając przyjaciół na ten wieczór
 
Trochę alkoholu coś do jedzenia
Jerzy który przyjechał z Krakowa
Adam który przyszedł się z nim spotkać
Maciej z Żoliborza Andrzej z Kazią
i studentka która przyjechała z materiałami dla Adama
 
Adam przysiada się do Jerzego
mówi szybko i z impetem jak to on zacinając się z lekka
Jerzy milczy i słucha uważnie jak to on
 
Czy jest zadaniem Kościoła obrona praw człowieka?
 O, nie było to wówczas pytanie na które dziś mamy tak
                                                                    jasną odpowiedź
To było niemal tak trudne
jak rozprawianie o demokracji w Kościele
 
Kiedy wyszli około drugiej w nocy
uchylając okno zadymionego pokoju
zobaczyłam w fali mroźnego powietrza
jak z zaparkowanych samochodów
doskakuje do nich gromada krępych osiłków
                                             w kożuchach
i wciąga ich  do aut
(„Tamten wieczór", „Bez pożegnania", 2004)
W krakowskim mieszkaniu Turowiczów Julia Hartwig bywała za każdym swoim pobytem w Krakowie, kiedyś zdarzyło jej się tam zanocować. „Poczułam wtedy niezwykłą aurę ich domu, poznałam rytm życia gospodarzy i w pełni doceniłam szlachetną prostotę ich natury. Turowiczowie nie wysilali się dla gościa, nie podawali nadzwyczajnych potraw, Jerzy pracował jak zwykle". Wygląd ich domu „zaprzeczał wyobrażeniom o wypieszczonym, pedantycznie utrzymanym wnętrzu" - pisała. „Namiętnie gromadzone przez |Jerzego i rosnące z każdym dniem sterty książek, gazet i periodyków w różnych językach, stłoczone na półkach i spiętrzone w wysokich stertach na podłodze we wszystkich pokojach, pożerały z wolna, lecz systematycznie przestrzeń mieszkalną, zawładając  nią na równi z właścicielami i wymuszając na nich coraz większe ustępstwa. Myślę, że niewiele kobiet pogodzić by się umiało z takim stanem rzeczy, ale Anna przystawała na to z rezygnacją nie pozbawioną humoru. Ten dom, zamieniony w rodzaj archiwum, był jednym z milszych domów, jakie znałam, a proste i niewyszukane posiłki, jakie przygotowywała Anna, która zawsze wolała zużywać swój czas na ciekawsze zajęcia - wydawały mi się nadzwyczajnie smakowite".
Julia Hartwig owdowiała pierwsza, w 1996 r. Jerzy Turowicz zmarł dwa lata później.
„Zdawało się - wspominała poetka - że śmierć Jerzego musi złamać Annę, tak ściśle i nieodłącznie z nim związaną. Stała się rzecz zadziwiająca. Anna żyła na co dzień tak, jakby Jerzy był wciąż przy niej, nieodmiennie pogodna i pełna zainteresowania dla otaczających ją ludzi, dla rodziny i dziejącego się wokół życia. Jeśli mówiła o Jerzym, to tak jakby był w sąsiednim pokoju i tego samego zdawała się oczekiwać od innych. Porządkowała listy i papiery Jerzego tak, jak się porządkuje korespondencję człowieka kochanego, który nam to zlecił". Przeżyła męża o rok.
Poetka pożegnała się z nimi obojgiem wierszem. Wracała tam do wątku z początku swej korespondencji z Jerzym Turowiczem: pewnego rodzaju zazdrości w stosunku do tych, którym dała została łaska wiary, bez rozterek i wątpliwości.
Jerzy Anno rozglądam się za wami znów jak przed laty
w Wielki Piątek w katedrze Notre Dame
gdzieśmy się nie odnaleźli
(„Pamiętam", „Bez pożegnania", 2004)
Znak szczególny tej korespondencji, która przerwała dopiero śmierć, to wielka serdeczność (na ponad sześciuset stronach z lupą by szukać złego słowa o kimkolwiek), w stosunku do siebie nawzajem i w stosunku do przyjaciół, których dziesiątki przewijają się przez karty tej książki, traktowani z uwagą, czułością i troską. 
Joanna Szczęsna
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

opracowanie Prekursor