Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Aktualności » Wydarzenia  Dlaczego opowiadam o sobie? Z przekonania, że to, co widzę, tylko ja mogę opowiedzieć. I że może się to okazać ważne dla innych. Nawet jeśli z pozoru jest to drobiazg. Bo jak ja o nim nie napiszę, to przepadnie. 

Data dodania: 2019-01-22

Dlaczego opowiadam o sobie? Z przekonania, że to, co widzę, tylko ja mogę opowiedzieć. I że może się to okazać ważne dla innych. Nawet jeśli z pozoru jest to drobiazg. Bo jak ja o nim nie napiszę, to przepadnie.

fot.Elżbieta Lempp

Krystyna Dąbrowska w rozmowie z Dorotą Wodecką w Gazecie Wyborczej


DOROTA WODECKA: Czy miłość jeża i szczotki ryżowej może być szczęśliwa?
KRYSTYNA DĄBROWSKA: A jakakolwiek może być?
Nie?
- Nie jestem specjalistką od miłości.
Mówię poetka, myślę miłość.
- To potworny schemat. Że niby poezja to tylko jakieś tam uczucia, mrzonki, ulotności, wzdychania. Czyli coś typowo kobiecego?
Nie. Ale przechodziła pani pewnie przez zachwyt Poświatowską i Pawlikowską-Jasnorzewską. To jednak poetki miłości.
- Jasnorzewską lubię. Bo jest zwięzła, gęsta, dynamiczna. Nie potrzebowała pisać poematów, żeby powiedzieć coś ciekawego o uczuciach, wystarczyły jej cztery linijki. Umiała obserwować, miała dar skrótu, wyrazistego obrazu, metafory. I jeszcze jest zmysłowa, żywiołowa, rozdygotana. A to jej wargi bieleją, a to krew uderza do głowy, a przy tym precyzyjna, wie, gdzie zatrzymać wiersz, żeby nie przegadać.
A Poświatowską?
- Nie dla mnie. Przejmująca jest historia jej życia, że była chora i młodo umarła, ale to się nie przekłada na poezję, która mnie nie porusza wogóle. Szymborska poświęciła jej piękny wiersz ,,Autotomia". I dla mnie Poświatowską bardziej istnieje przez ten wiersz niż przez to, co sama pisała.
No to jeszcze Szymborska.
- Najbardziej lubię jej wiersze z lat 60., 70. A jeśli pyta pani o miłosne, to szczególnie erotyk bez tytułu zaczynający się od wersu: „Jestem za blisko, żeby mu się śnić". Nie jest tak znany i popularny.
Smutny.
- Bo to jest smutne, że wraz z bliskością kończą się szaleństwa wyobraźni. Rzeczywistość jest spełniona, więc drugi człowiek, który przecież już jest opuszcza sferę wyobrażeń i tęsknot.
Pani wybiera miłość spełniona czy szaleństwa wyobraźni?
- Nie wiem, czy miłość może być spełniona, bo skoro w miłości potrzebna jest trudna sztuka kompromisu, to czy żadna ze stron nie odczuwa frustracji, że poświęca za dużo? Wydaje mi się, że bardzo trudno jest ze sobą wytrzymać na dłuższą metę, przez wiele lat. Bo wiadomo, na początku jest namiętność, pożądanie, haj, a później emocje opadają, wkracza rzeczywistość i trzeba ogromnej pracy i uważności z obu stron, żeby związek pozostał żywy. W dodatku ludzie, będąc ze sobą, zmieniają się i muszą nawzajem do siebie dorastać, być elastyczni. To rzadko się udaje. Nie, że nigdy - czasami tak - ale rzadko. Dla mnie idealny jest model: Szymborska - Filipowicz. Tylko pod warunkiem, że się nie ma dzieci. Wtedy można mieszkać blisko siebie, ale nie razem, pomieszkiwać u siebie, ale nie ca ły czas, mieć trochę odejścia, oddechu. Nie siedzieć sobie na głowie!
(...)
Niewiele osób przyznaje się do czytania wierszy.
- Prawdopodobnie ich nie czytają.
A może to zbyt intymne doświadczenie, by o nim rozmawiać? Albo boją się, że ich nie zrozumieli?
- Wie pani, co mi się zdarzyło na targach książki w Krakowie? Siedziałam przy stoliku Wydawnictwa a5, podpisywałam tomik. I nawet kilka osób go kupiło, więc byłam podbudowana. I nagle podchodzą dwie kobiety, chyba matka z córką. Córka już sięga po książkę, ja już cała w gotowości z długopisem, i wtedy matka mówi: „Daj spokój! To są wiersze!", takim tonem, jakby mówiła: „Uważaj, bo się zarazisz". Córka posłusznie cofnęła rękę i sobie poszły. No i właśnie tak to na ogół wygląda. Uważam, że przez szkołę. Przez te analizy i rozbiory wiersza, jakby się kroiło zdechłą żabę. Przez upiorne pytanie: „Co poeta miał na myśli?", i jeszcze bardziej upiorny „podmiot liryczny?. Ludzie wychodzą ze szkoły przekonani, że powieści można czytać dla przyjemności, a lektura wiersza to jak sekcja zwłok.
I dlatego wstydzi się pani w czasie rozmaitych towarzyskich autoprezentacji mówić, że jest poetką?
- To krępujące, bo z doświadczenia wiem aż za dobrze, jakiej spodziewać się reakcji. Zdarzało mi się mówić w towarzystwie, że piszę wiersze, a po chwili ktoś zadawał mi pytanie: „No tak, ale czym się zajmujesz?". Dużo łatwiej powiedzieć, że jest się tłumaczką czy redaktorką. Oczywiście, to wynika z tego, że ludziom trudno sobie wyobrazić, i słusznie, że poeta siada do wierszy w godzinach od 8 do 16, po czym kończy robotę. W tym sensie poezja nie jest zawodem czy profesją, szczególnie że nie sposób się z niej utrzymać. Ale jest pracą. Pisanie wierszy zależy przede wszystkim od czegoś nieobliczalnego, co można nazwać natchnieniem albo przypływem tajemniczej energii, ale wymaga też najzwyczajniej w świecie wytrwałości i czasu. A ludziom się często wydaje, że wiersze spływają na poetów z chmur w ilościach hurtowych, choćby tyrali od świtu do późnej nocy, wykonując inne zajęcia.
(...)

Zapraszamy do lektury rozmowy na www.wyborcza.pl

opracowanie Prekursor