Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Recenzje  "Czasami wystarczy, że światło pada pod innym kątem i słowo, które przez miesiące, a niekiedy nawet lata nie dawało się odczytać, nagle staje się czytelne" 

Data dodania: 2020-01-03

"Czasami wystarczy, że światło pada pod innym kątem i słowo, które przez miesiące, a niekiedy nawet lata nie dawało się odczytać, nagle staje się czytelne"

Okładka tomu

Ryszard Krynicki w rozmowie z Katarzyną Kubisiowską w Tygodniku Powszechnych

CHARAKTER PISMA

KATARZYNA KUBISIOWSKA: Jakie myśli przychodzą, kiedy czyta się listy swoich przyjaciół?
RYSZARD KRYNICKI: Przede wszystkim żałuje się, że nie ma ich między nami. Domyślam się, że za pani pytaniem kryje się też inne: dlaczego podjąłem się wydania korespondencji Wisławy Szymborskiej i Stanisława Barańczaka. Po prostu uważam, że listy, a szczególnie listy poetów obdarzonych talentem epistolograficznym, należą do ich twórczości pisarskiej. Istotną rolę odgrywało również to, iż znałem ich oboje osobiście. Znałem Stanisława Barańczaka i znałem trochę Wisławę Szymborską.
KK: Barańczaka znał Pan dobrze.
RK: Staszek był moim najbliższym przyjacielem. Poznaliśmy się w 1964 roku na studiach w Poznaniu. Obaj studiowaliśmy polonistykę, ja byłem na czwartym roku, on na pierwszym, spotkaliśmy się na korytarzu w nieistniejącym już Collegium Philosophicum, na rogu ulic Matejki i Wyspiańskiego. W tymże roku powstała też grupa poetycka „Próby", do której obaj należeliśmy.
KK: Jak wyglądali wtedy poeci?
RK: Stanisław Barańczak, od kiedy go pamiętam, przez całe swoje życie prawie się nie zmienił. Tyle tylko, że po 1970 roku zapuścił brodę, co spowodowało, że z poważnego chłopca w okularach stał się młodym mężczyzną o chłopięcym wyglądzie, w tych samych okularach i z tą samą gęstą czupryną, tak samo bardzo poważnie podchodzącym do świata i literatury, żyjącym poezją, jednak w żaden sposób nie manifestującym swoim sposobem bycia, że jest poetą. Dopiero postępująca choroba zmieniła go fizycznie, chodził z pochyloną głową, a jego uważne spojrzenie stało się niezwykle przejmujące.
KK: Kiedy odkrył w sobie poetę?
RK: Bardzo wcześnie odkrył dla siebie poezję. Jego siostra, Małgorzata Musierowicz, w swojej wspomnieniowej książce cytuje liścik, jaki sześcioletni chyba Staś napisał do matki, prostymi, każdy z osobna, wersalikami: „Jestem grzeczny i pewno będę poetą, bo umiem rymować. Pa pa, całusów 122, do widzenia, Staś". Wcześnie też odkrył swój drugi talent: muzykę. W czasach licealnych oraz na początku studiów uczęszczał również do szkoły muzycznej, grał na trąbce, i gdyby tego nie zaniechał, kto wie, czy Tomasz Stańko nie miałby w nim największego konkurenta, lub czy nie grałby z nim w jednym zespole. Kiedy kończył studia, Jerzy Kmita, nasz profesor logiki, proponował mu, żeby został jego asystentem, jednak ostatecznie pozostał wierny polonistyce i, jak wiadomo, wybrał asystenturę u profesora Jerzego Ziomka. Był też, co już jest mniej wiadome, świetnym szachistą; grywaliśmy czasem, jadąc pociągiem do Warszawy, na jego podróżnej szachownicy. No i znakomitym pływakiem. Ania [żona Barańczaka - red.] opowiedziała mi kiedyś, jak w Bułgarii uratował tonącą niemiecką turystkę.
KK: Co się musi wydarzyć, by zaprzyjaźniło się dwóch poetów?
RK: Nie wiem, pewnie zależy to od zbiegu szczęśliwych okoliczności. W każdym razie w naszym pokoleniu bliskie przyjaźnie nie były czymś wyjątkowym: Adam Zagajewski przyjaźnił się z Julianem Kornhauserem, Rafał Wojaczek z Bogusławem Kiercem, Krzysztof Karasek z Jarosławem Markiewiczem...
KK: Poeci rozmawiają o poezji?
RK: O własnej raczej rzadko. Dużo za to rozmawialiśmy o bliskich nam poetach: Rilkem, którego Staszek wtedy, w połowie lat 60., tłumaczył, i którego kilka przełożonych przez siebie wierszy podarował mi, chyba w 1966 roku, z żartobliwą dedykacją: „z okazji porzucenia twórczości poetyckiej". Rozmawialiśmy o Brechcie i Celanie, którego tłumaczył na początku lat 70., i którego sam też zacząłem wkrótce tłumaczyć. O Thomasie Bernhardzie, którego wiersze z cyklu „In hora mortis" także wówczas tłumaczył, o surrealiście Maksie Holzerze, do którego próbowałem go przekonać, teraz zapomnianym. O Achmatowej, Cwietajewej i Mandel-sztamie, wreszcie o poetach angielskich i amerykańskich. Pamiętam, jaki był szczęśliwy, kiedy w księgarni muzycznej w Poznaniu udało mu się zdobyć płytę z wierszami Dylana Thomasa, czytanymi przez autora, spad z Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie. Albo jaki był szczęśliwy, kiedy udawało mu się zdobyć kolejną płytę Beatlesów, których również zaczął wcześnie tłumaczyć; do dzisiaj mam numer „Szpilek" z 1975 roku z jego pierwszymi przekładami ich piosenek.
KK: A o polskich poetach rozmawialiście?
RK: Rozmawialiśmy szczególnie o Biało-szewskim i Wirpszy. Swoją drogą Wirpsza przysłał kiedyś Staszkowi maszynopis swojego niepublikowanego wtedy poematu „Faeton". Rozmawialiśmy o Szymborskiej, Herbercie i Karpowiczu, pożyczaliśmy sobie trudne do zdobycia książki Miłosza i Wata. Chcieliśmy zresztą wydać naszą osobistą antologię polskiej poezji współczesnej, początkowo były na to nawet jakieś szanse, póki się nie okazało, że obaj staliśmy się dla władzy niecenzuralni.
(...)


Tygodnik Powszechny Kraków 15-12-19 T. / Nr 50

opracowanie Prekursor