Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Recenzje  Wystarczy 

SZYMBORSKA,KOLEŻANKA EKLEZJASTY/ Gazeta Wyborcza 20-04-2012
„Wystarczy" - tytuł prowokacyjny, autoironiczny, jak bon mot XVI II-wiecznej damy która w obliczu ostateczności nie rezygnuje z formy, pozwala sobie na uśmiech

Wisława Szymborska mogła przypuszczać, że ten tomik będzie jej ostatnim. Pozostawiła 13 ukończonych wierszy. Najpóźniejszy, „Mapę", przepisała na maszynie i oddała swemu sekretarzowi 2 listopada 2011 r. Ukończone wiersze stanowią mniejszą część książki, bo dalej - decyzją wydawcy, poety i przyjaciela Ryszarda Krynickiego - dołączono faksymile wierszy niedokończonych, z wariantami, dopiskami, skreśleniami. Czytając tę książkę, czujemy się tak, jakbyśmy po raz pierwszy otwierali teczkę poetki. Pismo filigranowe i ciągłe. Przypomina starożytne inskrypcje w nieznanym języku. Zostaje rozszyfrowane przez Krynickiego.
W komentarzu i posłowiu Krynicki nie pozwala sobie na najmniejszy efekt, który by czytelnika prowadził w stronę kiczu żałoby, melodramatu pożegnań. Nie przystoi on poetce, której późna twórczość jest metafizycznym pytaniem. Ale również żartem. W jednym z niedokończonych wierszy para pojęć z klasycznej definicji tragedii - litość i trwoga - zostaje zamieniona na „humor i litość". Szymborska, jak autorzy science fiction, obserwuje byt z zewnątrz, eksperymentuje z istnieniem, z czasem.

Złe towarzystwo materii

W książce dominuje jednak tragizm. Jest on cechą życia, które się „przytrafiło" istotom ziemskim, którym „pozwolono być", „zgodzono się, że żyli". Kto się na to zgodził? Ta zagadka nie zostanie rozwiązana, podobniejak nie dowiemy się, kim są ci „my" - bohaterowie kosmogonii Szymborskiej w jednym z piękniejszych jej wierszy, „Wersji wydarzeń" z tomu „Koniec i początek" (1993). Ci, którym „pozwolono wybierać" życie na Ziemi, „zgodzili się na śmierć" i na życie w świecie, gdzie „szalały sobie skutki przyczyn". Heroicznie „poszli na pierwszy ogień" - „rozpalili go właśnie/ na stromym brzegu rzeczywistej rzeki". Ściska gardło ostatnia strofa opowieści: śmiałkowie, którzy wybrali życie lub którym je „zaproponowano", po pobycie na Ziemi (końcu cywilizacji?) wyruszają z powrotem. Dokąd? Nie wiadomo. „Nie w naszą stronę" - mówią kosmici - „I jakby coś pozyskanego?/ niosąc?". Obsesyjnie powraca pytanie, czemu „byt idealny przestał sobie wystarczać" i „zaczął szukać wrażeń w złym towarzystwie materii?". Kto opowiada te kosmiczne anegdoty? W kontekście jej wierszy, tak przewrotnych i zagadkowych mimo pozornej prostoty, czymś nieodpowiednim byłoby biadać nad śmiercią poetki. To ona żałuje ludzkości. Widzi świat od strony nicości, nie z ludzkiej perspektywy. Jak pisze Krynicki: „Pomiędzy światem wymarłych neandertalczyków a światem maszyn czytających, pomiędzy niezliczonymi czarnymi dziurami wszechświata i mikrokosmosem owadów rozciągają się czasy i przestrzenie tej nieskończonej książki"

Pozdrawiam czarne dziury

Tym, co najbardziej imponuje i stanowi jej znak firmowy, jest humor, na którym poznał się Woody Allen. Humor niepozwalający jej po sparzeniu się komunizmem zamknąć się w żadnym systemie poglądów, atakujący tajemnice bytu. Jej żarty nie kończyły się na domowych loteryjkach, obejmowały kosmos, naturę, dzieje świata. Definicje bytu ubiera w formy parodiujące - np. urzędowe pismo. W wierszu „Są tacy, którzy" jest mowa o „wykonywaniu życia" i „opuszczaniu placówki". W jednym z niedokończonych wierszy do kosmosu zostaje wysłana pocztówka: „Pozdrawiam wszystkie twoje czarne dziury/ mam do ciebie dużo pytań/ ale wiem/ że nie masz w zwyczaju odpowiadać na listy/ pozdrawiam twoją przeraźliwą odległość/ i twoją bezgraniczność". Po tych uprzejmościach mowa jest o tym, że gdy kosmos sobie „świeci", a, ja patrzę", byle chmurka potrafi zasłonić jego ogrom. Charakterystyczne pomieszanie perspektyw: pomniejszenie kosmosu i umieszczenie siebie jakby poza światem, na pozycji obserwatora. Tę luksusową pozycję daje literatura, demiurgiczna władza słowa, ta sama, jaką mieli biblijni poeci i jej kolega Eklezjastes.

Z punktu widzenia idioty

Tom otwiera kapitalny wiersz, który można by umieścić na stronach „Gazety", jak kiedyś „Nienawiść". Został napisany w listopadzie 2010 r. Pisząc go, nie mogłajeszcze znać dokumentu Artura Żmijewskiego „Katastrofa" pokazującego manifestacje posmoleńskie z perspektywy outsidera. On sam nazywał to prowokacyjnie „punktem widzenia idioty". Kimś takim jest bohater wiersza Szymborskiej - pracownik Oczyszczalni Miasta, którego zadaniem jest sprzątanie pozostałości po manifestacjach, człowiek pojedynczy, myślący, nienależący do tłumu. „O bladym świcie,/ z miejsca, gdzie się działo,/ zgarnia, wynosi, do przyczepy wrzuca" - „Podarte transparenty,/ rozbite butelki/ spalone kukły/ obgryzione kości/ różańce, gwizdki i prezerwatywy". Symbole „lewych" i „prawych" - na równi. W wierszu można doszukać się politycznej przestrogi. Mowa jest o „jednej rzeszy", która „z drugą się pomiesza". Słowo „rzesza" nie jest z pewnością użyte przypadkowo. Może to znaczyć, że znoszące się wzajemnie nienawistne strony otworzą drogę nowemu faszyzmowi. Wiersz kończy obraz porzuconej pustej klatki na gołębie, jakby ślad dawnych „gołąbków pokoju" - przestroga przed ideologią. Do czasów, kiedy sama „wierzyła", wraca w nieukończonym wierszu: „moja wiara w komunizm/ już trochę się chwiała/ zaczęłam wiedzieć więcej niż powinnam".

Ból od róży w ręce

Wynikiem tamtego upadku wiary była przekora. Uciekinierka z masowych pochodów zaczęła sama „obmyślać świat", na przekór społeczeństwu, przyrodzie, Bogu - jak w słynnym wierszu z tomu „Wołanie do Yeti" (1957). Śmierć jest w nim pomyślana lepiej niż w naturze: bo „kiedy śpisz, przychodzi", bezbole-sna, tak że „bólu więcej/ miałeś, trzymając różę w ręce/ i większe czułeś przerażenie/widząc, że płatek spadł na ziemię.", „Świat tylko taki. Tylko tak/ żyć. I umierać tylko tyle./ A wszystko inne -jest jak Bach/ chwilowo grany/ na pile". Żart jest tu rewersem tragicznego protestu. W jej ostatnim tomie „obmyślanie świata" kryje rozpacz -jak w zamierzonym wierszu o Stanisławie Barańczaku, który ma formę wpisu do wszechświatowej księgi zażaleń. Czemu „każdy cierpi/ w swój/ niepodzielny sposób'? Czy nie lepiej byłoby - pyta poetka - gdy „każdy z przyjaciół/ cierpiałby tylko trochę/ i tylko kilka minut/ w ciągu doby"? Tragizm związany jest ze świadomością. „Wielkie to szczęście" - to jej słowa z innego głośnego wiersza - „nie wiedzieć dokładnie/ najakim świecie się żyje". W wierszu zamykającym blok tekstów ukończonych mówi: „Lubię mapy, bo kłamią./ Bo nie dają dostępu napastliwej prawdzie./ Bo wielkodusznie, z poczciwym humorem/ rozpościerają mi na stole świat/ nie z tego świata", gdzie „groby masowe i nagle ruiny/ to nie na tym obrazku". Jedną z jej obsesji jest wielowarstwowość naszego poznania, różne „obrazki" rzeczywistości: najednych panuje sielanka, na drugich katastrofa, a jedno i drugie jest prawdą. Natrząsa się z absurdu egzystencji w niedokończonym wierszu o rozszalałej materii, która „sprzyja mnogości istot potem usuwaje z byle powodu". Ale materia stworzyła „mechanizm" - ludzki mózg ? - który sam sobie zadaje pytania, ale żadna odpowiedź nie jest ostateczna.

Umrzeć, nie przebrawszy miary

Dziś w sztuce nasiliła się apokaliptyka, w kinie powracają wizje końca świata, kolejne warianty „Melancholii". Szymborska jakby niechcący wcina się w ten nurt, ale odwraca perspektywę. U niej nie ma wypatrywania końca, ale obserwowanie życia z jego perspektywy. Czasem jest to perspektywa „bogów", którzy muszą być chyba naiwni, skoro „całą władzę nad światem oddali naturze", która „zjada cudze życie, aby żyć". W tych wierszach zapisanych cienkopisem pędzą dzieje świata. Na Ziemi powstaje życie, neandertalczycy palą swoje ognie. Zaglądamy do ich świadomości. „Nie wierzyli w zaświaty", ale sny im je „obiecywały", więc zaczynali w nie wierzyć, kiedy umierali. Tak stawali się ludźmi. A tymczasem ludzkość już umarła. Inteligentne maszyny czytają nasze teksty. Nie rozumieją słów „dusza" i „jestem". U Szymborskiej są one bliskoznaczne. Choć przecież i u ludzi duszę się tylko „miewa", a nasze „jestem" bywa problematyczne. W laudacji noblowskiej uzasadniającej nagrodę powiedziano o poezji Szymborskiej, że, jej punktem wyjścia jest doświadczenie (...) totalnej utraty wiary. W to miejsce wdziera się sytuacja ludzka z niedostępnie migocącym niepokojem (...), z łagodną czułością". Dziś, gdy wracam, jak tylu ludzi na świecie, do tych wierszy, myślę, że wiara jednak pozostała. Umiejscowiła się w języku poetyckim. Kosmogonie Szymborskiej, jej wizje światów równoległych, labiryntu życia będącego ucieczką, gdzie po drodze trafia się „ciemność i rozterka", ale też „prześwit, zachwyty gdzie radość, choć nieradość/ nieomal opodal" - wszystko to jest możliwe dzięki właściwościom języka, który wyraża niewyrażalne. Są w nim „słowa najdziwniejsze", które wyrażają nicość. Są też możliwe wyrafinowane zabiegi logiczne, polegające na zaprzeczeniu nieistnienia. Zaprzeczone nieistnienie przybiera kształt real-ności, umarłe staje się dotykalne. Język poetycki był jej domem, narzędziem jej władzy, „zemstą ręki śmiertelnej". Swoje życie pośmiertne opisała wjednym z arcydzieł, wierszu „Autotomia" z lat 70., dedykowanym innej poetce, Halinie Poświatowskiej: „Umrzeć ile konieczne, nie przebrawszy miary./ Odrosnąć ile trzeba z ocalonej reszty/ Potrafimy się dzielić, och prawda, my także./ Ale tylko na ciało i urwany szept/ Na ciało i poezję."
Tadeusz Sobolewski


Nowe Książki/ 07-12 M./Nr 7
Nigdy dość


Ostatnie tomiki wielkich poetów stanowią szczególny rodzaj dzieł literackich. Oczekuje się od takich książek adekwatnego zwieńczenia twórczości wybitnych autorów: reminiscencji dotychczasowych stylistyk, repetycji najważniejszych tematów. Krytycy wypatrują w nich przede wszystkim uzupełnień, dopowiedzeń i podsumowań, rozmaitych gestów obrachunku, przebaczenia czy pożegnania, zgodnych z naturą zbiorów senilnych. Czy mieści się w tym horyzoncie pośmiertna publikacja wierszy Wisławy Szymborskiej "Wystarczy"?

Wydaje mi się, że znacznie poza owe ramy wykracza. Jest to propozycja znakomita, choć przecież - do czego powrócę jeszcze w omówieniu - niedokończona. Wszelako utwory, które jako gotowe do druku znalazły się w zasadniczej części zbiorku, są niemal co do jednego definitywnie doskonałe. Zostały ułożone w porządku chronologicznym, czyli - cytując wieńczący zbiór tekst Ryszarda Krynickiego "Zamiast posłowia": „ Według kolejności, w jakiej Wisława Szymborska przekazywała Michałowi Rusinkowi swoje poprawione maszynopisy do przepisania na komputerze". Taki układ nie bywał raczej praktyką redakcyjną poetki, która starannie i niespiesznie komponowała poszczególne tomiki, ale w tym wypadku narzucał się z konieczności. Potwierdza on zresztą znaną tezę, pojawiającą się wielokrotnie w wypowiedziach na temat Szymborskiej, że na noblistkę trzeba patrzeć w prymarnej odsłonie jako na twórczynię pojedynczych wierszy, nie zaś - skądinąd kapitalnie modelowanych - lirycznych woluminów.

Otwierający książkę tekst "Ktoś, kogo obserwuję od pewnego czasu" nie musiałby więc wcale jej rozpoczynać, chyba że taka była właśnie intencja autorki. Znajduje się jednak na samym początku, a nawet jeszcze przed początkiem, bo również między kartami tytułowymi w postaci podobizny maszynopisu, z naniesionymi odręcznie poprawkami. Jest to utwór manifest, niezwykle silny w swoim przesłaniu, mogący nieledwie zdeterminować lekturę całej publikacji. Chciałoby się wręcz powiedzieć wiersz hymn, dytyramb na cześć człowieka niepublicznego, „niewzmiankowanego" i „niespektakularnego" - jak go określa Szymborska, zatrudnionego w „Oczyszczalni Miasta", człowieka, który: „ O bladym świcie, I z miejsca, gdzie się działo, /zgarnia, wynosi, do przyczepy wrzuca, / co hakami przybite do półżywych drzew, I co rozdeptane w umęczonej trawie ".

Oto - aż trudno tak go nazwać - bohater stroniący od zgromadzeń, tłumów, demonstracji, daleki od manifestowania wspólnotowych haseł, działania w imieniu zbiorowości, w ogóle od wszelkiego przedstawicielstwa czy przynależenia. Istota anonimowa, nierozpoznawalna, nieobecna w telewizyjnych kadrach, nieuwieczniona przez prasowe fotografie. Gdy czytamy o absencji - znów rodzi się opór przed tym określeniem - protagonisty w pochodach: „ Gdzie tylko na początku /sielsko i anielsko, /bo wkrótce jedna rzesza /z drugą się pomiesza / i nie będzie wiadomo, / czyje są, ach, czyje / te kamienie i kwiaty, / wiwaty i kije ", przesuwają się nam przed oczami kontrastowe sceny z Krakowskiego Przedmieścia. Od takich skojarzeń nie da się dziś uciec, ale przecież wymowa utworu jest głębsza i ponadczasowa. Uzmysławia, jaki dar stanowi nasza osobność, przywilej odrębności, prawo wyboru godnej acz niegremialnej postawy. Tom "Wystarczy" okazuje się w wielu miejscach hołdem dla ludzkiej pojedyn-czości, ale jawi się także jako apologia człowieczeństwa. To przecież w "Wyznaniach maszyny czytającej" padają znamienne kwestie lingwistycznego robota, który zna wszystkie języki z dziejów ludzkości, potrafi wydobyć z warstw katastrof i odtworzyć każdy znak w pierwotnej postaci, czyta nawet „lawę" i kartkuje „popioły", poprawia błędy ortograficzne w prywatnych listach, lecz nie rozumie pojęć tak zrośniętych z humanizmem, jak „uczucia", „dusza" czy - może najtrafniej, najdogłębniej definiującego naszą samoświadomość - słowa, jestem", które wygląda „ na czynność pospolitą, / uprawianą powszechnie, ale nie zbiorowo ". Co warte podkreślenia, człowieczeństwo osiąga swoją pełnię tam, gdzie mamy do czynienia raczej z brakiem perfekcji aniżeli jej uobecnieniem, bo tak trzeba - korzystając z negatywowej aksjologii - odczytać wiersz "Są tacy, którzy".

Jest w zbiorze Wisławy Szymborskiej kilka utworów niepozornych, drobnych, mieszczących się każdy mniej więcej na połowie stronicy: "Łańcuchy", "Na lotnisku", "Dłoń" czy "Do własnego wiersza". Tak, notabene, często wyglądało to i w poprzednich książkach. W krótkich anegdotach, w eliptycznych zdaniach autorka wypowiada prawdy niezwykle istotne, piękne i bolesne, uruchamia charakterystyczne dla siebie paradoksy, trzeźwiące perspektywy innobytów, potrąca struny ironii albo wręcz gra całymi jej akordami. Mądrość i trafność owych miniatur nie podlega dyskusji. Owszem, biedny jest pies na za krótkim łańcuchu, lecz czy my nie biedniejsi na nieco dłuższym tylko i mniej widzialnym? W istocie, kochankowie witający się na lotnisku w zimowej odzieży ubrani są dla postronnych, ale dla siebie już nadzy. Tak, ten sam zestaw kości, mięśni i nerwów ludzkiej ręki wiedzie pióro przez stronice "Mein Kampf" i "Chatki Puchatka". Oczywiście, losy wiersza kształtują się różnie, od wiecznej sławy do błyskawicznego zniknięcia w koszu, jednak czy on sam najbardziej nie pragnąłby komfortu nienapisania?

Szymborska opanowała znakomicie sztukę uogólniania refleksji osobistej, ale także - podążając w odwrotnym kierunku - personalizowania doświadczenia zbiorowego. W takich tekstach jak "Lustro" czy też "W uśpieniu" poetka pisze przecież o własnych przeżyciach, o prywatnych fenomenach pamięci i snu. Tymczasem odbiorca może odnieść wrażenie, że materią tekstu są znajome mu doznania, że to, o czym czyta, zdarzyło się właśnie w jego egzystencji. Ten mechanizm zmiany wektora działa, jako się rzekło, również w przeciwną stronę. Liryki, które dotyczą doznań wspólnotowych, tożsamych dla całego gatunku ludzkiego, pobrzmiewają niejednokrotnie tonem intymnego wyznania, maskowanego tylko zaimkiem wyrażającym mnogość bądź wielokrotność. Powiada autorka w wierszu Przymus: „Zjadamy cudze życie, żeby żyć. I Denat schabowy z nieboszczką kapustą. /Karta dań to nekrolog". W utworze "Każdemu kiedyś" stwierdza zaś: „ Każdemu kiedyś ktoś bliski umiera, /między być albo nie być /zmuszony wybrać to drugie ". Te konstatacje są tak samo powszechne, jak i dojmująco zindywidualizowane.

Niektórych ujęć, konceptów wypadało się spodziewać w kolejnym tomiku Wisławy Szymborskiej. Odbiorca dobrze obeznany z jej liryką mógłby nieomal próbować odgadywać konkluzje tekstów w rodzaju "Wzajemności" czy "Mapy". Albo tylko tak się wydaje, gdyż zwodnicza jest artystyczna lekkość ich konstrukcji. Ale nikt nie byłby z pewnością w stanie wyobrazić sobie kształtu całego zbioru, gdyby nie kapitalny zabieg  redakcyjny, polegający na uzupełnieniu publikacji o faksymilia i opis rękopisów wierszy niedokończonych oraz o wnikliwe, sumienne, a zarazem błyskotliwe i porywające objaśnienia Ryszarda Krynickiego. Krynicki odsłonił i skomentował redakcyjne zabiegi poetki, pokazał ciągi skreśleń, dopisków i poprawek, ujawnił zarysy procesu powstawania poszczególnych liryków, ba, zaryzykował własną intuicję twórczą, dopowiadając czy domyślając brakujące słowa, wykazując pokrewieństwa, sąsiedztwa bądź kontrapunkty utworów. Dzięki temu czujemy się niejako powiernikami tajemnic warsztatu, obcujemy z ocalonymi przed nieistnieniem fragmentami i prawie całościami, które wyłaniają się z nicości, jak Leśmianowskie byty, które chciały istnieć. Nigdy dość takich istnień.
Piotr Łuszczykiewicz


GRA Z GROZĄ/ Tygodnik Powszechny 15-04-2012
„Wystarczy" to zaledwie 13 utworów, a jednocześnie tom spełniony, dający nam raz jeszcze „radość czytania Szymborskiej
"
 
"Grzęzłam w tunelach śniegu / i niepamiętaniu. // Wikłałam się w kolczastych krzakach / i domysłach" - czytamy w wierszu Wisławy Szymborskiej, którego bohaterka zmaga się z nieokreśloną, ale niepokojącą utratą. Poszukiwanie czegoś, o czym wiadomo jedynie, że zostało zagubione, zapomniane, zawieruszone, a było zapewne ważne i bliskie, zmienia się w gorączkowy pościg, a może ucieczkę przez chaszcze pamięci i sploty języka, gdy „wytrząsałam z kieszeni / uschnięte listy i nie do mnie liście", usiłując „zdążyć / zanim zapadnie zeszłowieczny zmierzch, / klamka i cisza". Nim jednak ta ostateczna cisza wybrzmi, uciekinierka obudzi się, by stwierdzić, że z pozoru niekończący się „sen trwał niecałe dwie i pół minuty". Groza przebłyskuje, ale zostaje powstrzymana, jakby mimo wszystko udawało się ją utrzymać na smyczy ironii.

„W uśpieniu" pochodzi z ostatniego zbioru wierszy zmarłej poetki.
To zaledwie 13 utworów, a jednocześnie tom spełniony, pełen sensów i maestrii, dający nam znów - jak to przed laty nazwał Marian Stała - „radość czytania Szymborskiej". Nie są to wiersze wydobyte z notatek, rekonstruowane z urywków, ale domknięte i przeznaczone do druku przez samą pisarkę. Także w tym jest, rzec można, pewien gest elegancji, dyskrecji, tak charakterystycznych i dla tej poezji, i dla jej autorki. Podobnie jak w ironicznym, zaproponowanym jeszcze przez Szymborską tytule: „Wystarczy". Wydawca Ryszard Krynicki opisuje pozostałe w archiwum szkice do innych wierszy. O, co brzmi szczególnie przejmująco, zmagającym się z chorobą Stanisławie Barańczaku. O owadach patrzących na obojętny im ludzki świat. I o neandertalczyku, ostatnim przedstawicielu odchodzącego do nicości gatunku, który umierając „wierzy już w zaświaty". Jest to zdanie - według sekretarza poetki, Michała Rusinka - ostatnim, jakie Szymborska zapisała, a zakres tomu, od skali kosmicznej po mikroskopową, przywołuje niezwykły wymiar, jaki potrafi czasem osiągnąć poezja. Gdy na jednym krańcu łuku współczucia pozostaje ginący neandertalczyk, na drugim - w ukończonym wierszu - pracuje już inteligentny komputer - badacz śladów wymarłej ludzkości. Żaląc się, bo choć - jak mówi - „czytam nawet lawę / i kartkuję popiół", nie potrafi pojąć, czym były „uczucia", co właściwie oznacza obłoczek pary nazywany „duszą", a zwłaszcza tyleż pospolity, ileż niepojęty wyraz „jestem"... Pytania fundamentalne, przełamane przecież poczuciem humoru. Finał wybrzmiewa i myślą o naszym własnym rozumieniu „bycia", i uśmiechem, bo oto mechaniczny bohater zamierza szukać pomocy w odcyfrowywaniu zagadki u innego komputera, który „znany wariat, / ale ma pomysły", zresztą to nawet nie komputer, lecz „maszyna czytająca", budząca skojarzenie nie tyle ze sztuczną inteligencją, ile z pociesznymi robotami z rysunków Daniela Mroza, ilustratora opowiadań Lema...

Głos wielkiego poety, który słyszymy w jego wierszach.
Można też powiedzieć „dykcja" albo „idiom", ale „głos" jest prawdziwszy, przypomina o rzeczywistym, istniejącym teraz lub niegdyś człowieku, który mówi do nas na swój własny, niepodrabialny sposób. Próbujemy ten głos analizować, odnajdywać rodzaj metafor, budowę zdań, czy nawet wierszowe metrum, ale tak naprawdę słyszymy go między liniami, pobrzmiewa nam w głowie, bardziej odczuty niż zrozumiany. Ile potrafimy usłyszeć i zobaczyć w głosie Wisławy Szymborskiej ? Chęć mówienia o rzeczach najważniejszych bez patosu? Na pewien sposób pogodne zdziwienie? Konstatację: taki jest nasz świat, nie zmienią go bóle i lęki? Dystans, ale czuły? Jeśli rozpacz, to miarkowaną, równoważoną zachwytem, też zresztą wziętym w karby? Jak w tym niezwykłym tytule: „O śmierci bez przesady"? Daleką od geograficznej, historycznej, politycznej czy choćby płciowej partykularności refleksję nad tą dziwną, tajemniczą, zdolną do piękna, dobra i zła istotą, jaką jest człowiek. Konsekwentne przypominanie o powinności myślenia, o szacunku dla rozsądku, tak ważnego, gdy otaczają nas coraz ciaśniej zasieki głupoty i werble frustracji, twarze zaciekłe i obolałe, trywialne mity i równie trywialne antymity, urojenia i walczące z nimi kłamstwa. I jeszcze na pewno szukanie niecodziennego punktu widzenia, perspektywy, która podważy myślowe nawyki, rzeczy znane ukaże w innym świetle. Jeśli zwiedzając muzea, Szymborska wypatrywała w obrazach przede wszystkim szczegółu, scen niekoniecznie pierwszoplanowych, ukrytych w lewym dolnym rogu, widziała te płótna inaczej, niż nakazują przewodniki, to dokładnie taką samą potrzebę widać w jej poezji. Choćby w jednym z najciekawszych wierszy ostatniego tomu, w „Łańcuchach", gdzie drobny z pozoru obraz, boleśnie codzienny szczegół odsłania i naszą obojętność na cudze cierpienie, i spętanie losu, te wszystkie potrzeby, nadzieje, marzenia, których nigdy nie zrealizujemy:
Dzień upalny, psia buda i pies na łańcuchu.
Kilka kroków opodal miska pełna wody.
Ale łańcuch za krótki i pies nie dosięga.
Dodajmy do obrazka jeszcze jeden szczegół:
nasze o wiele dłuższe
i mniej widzialne łańcuchy,
dzięki którym możemy swobodnie przejść obok.

Człowiek ceniący szczegół trzyma się z daleka od wielkich panoram, abstrakcyjnych alegorii, uogólnień. Nie ma poczucia, że posiadł prawdę jedyną, raczej zadaje pytania, niż deklaruje pewność. I dlatego w poezji Szymborskiej tak ważna jest „liczba najbardziej pojedyncza", jednostka, która - jak w otwierającym „Wystarczy" utworze „Ktoś, kogo obserwuję od pewnego czasu" - stroni od tłumu, od zbiorowych emocji, rozpoczętych flagami, w finale zaś pełnymi kijów i kamieni. Człowiek z tła, który chce tam właśnie, na dalekim planie pozostać, gdy w centrum nawet drzewa są „półżywe" bo przybito do nich plakaty, a trawa „umęczona" pod stopami pochodu.

Człowiek, który sprząta miejsca manifestacji, uparcie reperuje ubytki, a znalezioną klatkę (wyfrunęły z niej właśnie „gołąbki pokoju") chowa, by nikt nie zamknął tam następnych ptaków. Tak może, w poprzecieranym palcie, ze zmęczoną twarzą, mógłby wyglądać ukryty anioł, starający się naprawiać ludzkie czyny, ale w świecie Szymborskiej dla aniołów miejsca raczej nie ma. Pozostaje przecież zakątek dla tych, którzy powątpiewają, choć wokół już kłębi się tłum mających „na wszystko sposób i słuszną odpowiedź". „Czasami im zazdroszczę / - na szczęście to mija" - mówi bohaterka wiersza „Są tacy, którzy", zarazem dając nam pochwałę niepewności (jak wcześniej „złego o sobie mniemania") i odrobinę przymykając oko. Nie rezygnuje z siły stwierdzenia, ale czyni je lżejszym, pełnym uroku, nieledwie zalotnym. Odjąć oczywistość temu, co nas otacza. Samemu istnieniu - jak przed laty w „Jarmarku cudów". Absurdowi wojen i mordów - jak teraz w „Lustrze", które nienaruszone pozostało w rozrąbanej bombą kamienicy. Zabijaniu zwierząt, jak w „Przymusie". Śmierci naszych bliskich („Każdemu kiedyś"),z której nieuniknionością i niejako banalnością nie sposób nam się pogodzić, choć wiemy dobrze, że „takie jest prawo i lewo natury. / Taki, na chybił trafił, jej omen i amen. / Taka jej ewidencja i omnipotencja". Ten błyskotliwy językowy taniec zdaje się obłaskawiać grozę, łagodzić makabryczność losu, uciszać krzyk, co zresztą, dodajmy, nie każdemu czytelnikowi musi być bliskie. We „Wzajemności" misterna niczym koronka długa fraza - „Są katalogi katalogów. / Są wiersze o wierszach. / Są sztuki o aktorach grane przez aktorów. / Listy z powodu listów"... - nagle pęka, odsłaniając zdanie: „I niechby bodaj od czasu do czasu / nienawiść nienawiści". Znów zostajemy jednocześnie z dobitnym przypomnieniem, ale też z pewnością, że przestrzeń wiersza daje w jakiś sposób schronienie. I że jest ona przez Szymborską budowana w dialogu z językiem, dzięki penetrowaniu jego meandrów, testowaniu możliwości. W grze ze słowem. Nigdy poprzez gwałt na nim. Za każdym razem dramat jest tyleż wyrazisty, co niejako przesunięty w tło, umieszczony w szerszych proporcjach, jak - powiedzmy - na obrazach Breughla, gdzie z boku, z początku mało widoczne, rozgrywają się sceny okrutne, tragiczne i trywialne, bo w centrum umiera Ukrzyżowany, ale w odległym lasku jakiś wieśniak spełnia fizjologiczną potrzebę. Tonie Ikar, lecz porządek świata trwa - mówi malarz - nie sposób się przeciw niemu zbuntować. W poezji Szymborskiej też nie ma wielkiego buntu i wielkich słów, jest za to nienachalna pociecha, gdy „Na lotnisku" mignie nam scenka pełna miłosnej pasji, zaś w ludzkiej „Dłoni" poetka widzi zdolność stworzenia „Mein Kampf", ale również - mimo wszystko - „Chatki Puchatka" Tak więc należy wypowiedzieć grozę, cierpienie, ból, ale zarazem odebrać im nieco siły. Jak w „Mapie", która pokazuje rzeczywistość godną zamieszkania, bo „groby masowe i nagłe ruiny / to nie na tym obrazku". Nie pielęgnować złudzeń, znać rozpaczliwą prawdę, ale jej się nie poddać. Wyznać: „Lubię mapy, bo kłamią. / Bo nie dają dostępu napastliwej prawdzie. / Bo wielkodusznie, z poczciwym humorem / rozpościerają mi na stole świat / nie z tego świata".

„Mapa" to ostatni ukończony przez Szymborską wiersz i gdy teraz czytamy: „Nad nią mój ludzki oddech / nie tworzy wirów powietrza", to choć rozumiemy, że mowa o zamkniętej doskonałości przedmiotu, trudno nam jednocześnie nie pomyśleć o oddechu zamilkłym, oddechu, który odszedł. O świecie narysowanym - być może, być może - ręką wielkiego Kartografa. Świecie, który pozostaje, bo - jak niegdyś w wierszu „Nazajutrz - bez nas" - „Kolejny dzień / zapowiada się słonecznie, / choć tym, co ciągle żyją / przyda się jeszcze parasol"
Andrzej Franaszek


Dziennik Polski Kraków 21/22-04-12
Szymborska. I basta.
„Wystarczy" - ostatni zbiór wierszy noblistki można kupić od wczoraj w księgarniach w całej Polsce.

 Wierszy jest trzynaście. Powstawały w różnym tempie, okolicznościach i czasie. Jak zwykle. Ryszard Krynicki, cierpliwy redaktor oficyny a5, gdzie tomik się właśnie ukazał, ułożył je chronologicznie. Wedle kolejności, w jakiej poetka przekazywała swojemu sekretarzowi, Michałowi Rusinkowi, poprawione maszynopisy do przepisania na komputerze.
Zatem na początku „Ktoś, kogo obserwuję od pewnego czasu". Wiersz przepisany 23 października 2010 r. O kimś, kto „Nie przebywa gromadnie/ Nie zbiera się tłumnie/ Nie uczęszcza masowo/ Nie obchodzi hucznie". Wiersz przepisany dwa miesiące później to „Wyznania maszyny czytającej", która „Przyznaję - pewne słowa/ sprawiają mi trudność/ Na przykład sta¬nów zwanych uczuciami/ nie potrafię jak dotąd wytłumaczyć ściśle".
W tym samym czasie przepisany został utwór „Są tacy, którzy". O tych, „którzy sprawniej wykonują życie./ Mają w sobie i wokół siebie porządek./ Na wszystko sposób i słuszną odpowiedź". Ten wiersz kończy się tak: „Czasami im zazdroszczę - na szczęście to mija".
Z grudnia roku 2010 pochodzą także „Łańcuchy". Trzeba je przytoczyć w całości. „Dzień upalny, psia buda i pies na łańcuchu./ Kilka kroków opodal miska pełna wody./ Ale łańcuch za krótki i pies nie dosięga./ Dodajmy do obrazka jeszcze jeden szczegół:/ nasze o wiele dłuższe/ i mniej widzialne łańcuchy,/ dzięki którym możemy swobodnie przejść obok".
Są wreszcie i wiersze przepisane w roku 2011. „Przymus" rozpoczyna się raczej wstrząsająco: „Zjadamy cudze życie, żeby żyć". Pierwsze wersy kolejnego wiersza - „Każdemu kiedyś" - optymizmem też nie napawają: „Każdemu kiedyś ktoś bliski umiera,/ między być albo nie być/ zmuszony wybrać to drugie". Całość kończy „Mapa". Przepisany 2 listopada 2011 r. Na trzy miesiące przed śmiercią poetki. Może więc dlatego dziś ten wiersz czyta się niemal jak instrukcję obsługi lektury. „Lubię mapy bo kłamią./ Bo nie dają dostępu napastliwej prawdzie./ Bo wielkodusznie, z poczciwym humorem/ rozpościerają mi na stole świat/ nie z tego świata".
„Wystarczy" to bodaj najtrudniejszy (ale czy jakieś inne były łatwe?!) do czytania tomik poetycki Wisławy Szymborskiej. Nie tylko ze względu na czas i emocje, które zaburzają niezawisłą lekturę. Łukaszowi Wojtusikowi z TOK FM Michał Rusinek przypomniał, że „Wystarczy" to „mimo wszystko projekt niedokończony". Był tytuł, były teksty, ale całość owiana jest tajemnicą. Tak jak i poezja - a być może i literatura w ogóle. Tym razem jednak dostaliśmy poza opracowanymi redakcyjnie tekstami także przypisy wyjaśniające, na kartach jakiego formatu wiersze zapisano albo co było na marginesie.
Niby chodzi o schludne, filologiczne i porządkujące uwagi („pozostałe kartki puste, jedynie na przeciwległej, początkowej lub końcowej kartce tego zeszytu, odwróconego o 180 stopni, znajduje się jedna linijka: »wymościsz sobie miejsce w niepamięci") - a jednak wzrok czytelnika mimowolnie się na nich zatrzymuje. Po wierszach, uwagach i reprodukcjach tekstów następuje „Zamiast posłowia" Ryszarda Krynickiego. Być może zresztą od tego tekstu należałoby zacząć czytać tomik. Krynicki wyjaśnia, dlaczego w zbiorku znalazły się luźne notatki do różnych wierszy - w tym brulion wiersza o ostatnim neandertalczyku. Pisze on w ten sposób: „Pomiędzy światem wymarłych neandertalczyków a światem maszyn czytających, pomiędzy niezliczonymi czarnymi dziurami wszechświata i mikrokosmosem owadów rozciągają się czasy i przestrzenie tej nieskończonej książki".
Nic dodać, nic ująć.
Choć nie. Bo przecież jeszcze pozostaje lektura. Ponowna. Cicha. Dokładniejsza. Nie na łamach gazety. Poza okiem ciekawskich mediów.
Marcin Wilk



« powrót
opracowanie Prekursor