Poezja i eseistyka w najlepszym formacie
  • In English
  • Strona główna
  • Mapa strony
  • Dodaj do ulubionych

Recenzje  Lekka przesada 

Wypowiedzieć milczenie / Twórczość 03-2012

Nie znam drugiego takiego pisarza, w którego twórczości - jak w twórczości Adama Zagajewskiego właśnie - wszystko by do siebie pasowało, układało się w jedną logiczną i koherentną całość. Każda nowa książka Zagajewskiego wynika z poprzedniej, w poprzedniej ma swoją przyczynę; jako taka wydaje się koniecznym, a nawet oczywistym elementem harmonijnie rozwijającej się twórczości tego autora. Niezależnie od tego, czy jest to nowy zbiór wierszy, czy nowy tom esejów, każdej nowej książce Zagajewskiego przyświeca zasada implikacji.
Nie inaczej ma się sprawa z "Lekką przesadą". Z jednej strony pisarz wraca tutaj do spraw, o których mówił już w szkicach zawartych w tomach takich jak "Dwa miasta", "W cudzym pięknie" i "Obrona żarliwości", ale też nie sposób nie zauważyć, że - z drugiej strony - podobne te-maty, podobne myśli i obrazy, tę samą temperaturę intelektualno-emocjonalną odnajdujemy w jego zbiorach wierszy: "Jechać do Lwowa", "Ziemia ognista", "Niewidzialna ręka". Cóż, twórczość tego poety i eseisty to nie jest twórczość przełomu, lecz kontynuacji. Nawet najwnikliwszy i najpodejrzliwszy czytelnik - dysponujący symultaniczną uwagą, czyli potrafiący czytać jednym okiem wiersze, a drugim szkice - nie złapie pisarza na żadnej nieścisłości, na braku konsekwencji. Czytając każdą nową rzecz autora "Powrotu", odnosi się wrażenie, że pisząc to, co właśnie pisze teraz, pisze on, pamiętając o tym, co napisał wcześniej; i jakby tego było mało, pisząc to, co właśnie pisze teraz, pisze ze świadomością tego, co jeszcze ma do napisania, a więc co bez wątpienia w przyszłości napisze. W każdej nowej rzeczy dopowiada to, czego wcześniej nie powiedział. A nie powiedział tego wcześniej, gdyż powiedzieć nie chciał, tylko czekał na stosowniejszą chwilę, która prędzej lub później nadejść musiała; i koniec końców nadeszła.
"Lekka przesada" to seria krótszych lub dłuższych przeplatających się ciągów narracyjnych, w których autor rozprawia o swoich miastach: Lwowie, Gliwicach, Krakowie, Berlinie, Paryżu i Houston, o podróżach we wszystkie strony świata, o systematycznych lekturach, dodajmy - nad wyraz rozległych i wysmakowanych, o fascynacjach nie tylko literackich zresztą czy filozoficznych, lecz także muzycznych i plastycznych. Oczywiście, nie czyta on byle czego, byle czego też nie słucha ani nie ogląda. Łatwo sobie wyobrazić autora "Lekkiej przesady" w bibliotece, w filharmonii, w muzeum, czytającego Roberta Musila czy Juliena Greena, słuchającego Mozarta lub Mahlera, oglądającego Vermeera bądź Rembrandta, wszak Zagajewski to człowiek kultury do szpiku kości, rzecz jasna kultury wysokiej, cokolwiek to dzisiaj jeszcze znaczy. Łatwo też sobie wyobrazić Zagajewskiego podziwiającego architekturę romańskich i gotyckich kościołów lub kontemplującego naturę, pod warunkiem jednak, że jest to dolina Rodanu bądź Loary albo brzeg Zatoki Meksykańskiej czy krajobraz Sycylii. Koncert rockowy, przedstawienie kabaretowe, mecz piłkarski - to nie dla niego, ale też nie można mieć mu tego za złe.
Wiele na to wskazuje, że narrator "Lekkiej przesady" to ktoś bardziej zainteresowany tym, co było, niż tym, co będzie, jego wyobraźnię rozpalają przede wszystkim dzieła, jakie zostały stworzone gdzieś i kiedyś, a nie te, jakie powstają tu i teraz. „Czy nie żyję za późno" - za-stanawia się w pewnym miejscu pisarz, konstatując swoje jak najbardziej niedzisiejsze pasje, uprzedzenia, przeczucia i wątpliwości. Ale też uprzedzając potencjalny zarzut, że zamyka się w Wieży z Kości Słoniowej, powiada: „Niektórzy spoglądają na mnie podejrzliwie [...], uważają, że jestem reakcjonistą, a przynajmniej skrajnym konserwatystą. Narażam się na śmieszność. Koła postępowe potępiają mnie, albo przynajmniej krzywo na mnie patrzą. Kręgi konserwatywne też nie rozumieją, o co mi chodzi. Poeci o pokolenie młodsi nie utrzymują ze mną stosunków". Wszystko przez to, że jest - jak mu się wydaje - jednym z ostatnich uprawiających życie duchowe i bez większych oporów stosujących to właśnie określenie, „życie duchowe", w literackim dyskursie.
Życie duchowe, o jakim myśli Zagajewski, niewiele ma wspólnego z życiem religijnym. Nieprzypadkowo nie jest on kapłanem czy teologiem, lecz poetą i eseistą zaabsorbowanym ideami, jakie znajduje w literaturze i sztuce, ideami stworzonymi przez człowieka; bywa, że w imię Boga, ale nade wszystko w imię człowieka i dla człowieka, na chwałę ludzkiej natury. Dlatego też w muzyce - muzyce klasycznej, rzecz oczywista, której zresztą okazuje się znawcą i koneserem, a co najmniej wytrawnym amatorem - nie interesują go same tylko, choćby i najefektowniejsze dźwięki, lecz to, co ewokują, co przywołują i wywołują, a czego nie da się opisać słowami, czego nie da się zamknąć w żadnej - nawet najśmielszej - metaforze.
Za życie duchowe w pełni, jak dalece tylko to możliwe, pisarz płaci nie tyle odrzuceniem, co zdaje się nam, nie bez kokieterii, sugerować, ile samotnością. Czytając "Lekką przesadę", nie raz i nie dwa pomyślałem sobie, że nikt nie pędzi tak samotniczego trybu życia, jak Zagajewski. Tyle tylko, że nie sposób mu z tego powodu współczuć, gdyż samotność nie jest dla niego żadnym nieszczęściem, żadnym przekleństwem. Nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie, samotność wydaje się być dla niego funkcją egzystencji, a nawet warunkiem szczęścia i twórczej aktywności, czego dowodem relacje z pobytów na stypendiach i konferencjach za granicą, gdzie w miarę możności unika wszelkich zbędnych i zbytecznych kontaktów z innymi uczestnikami, wśród których są zapewne również poeci, czyli bratnie dusze. Co znamienne, Zagajewski dużo, bardzo dużo miejsca w swoich eseistycznych rozważaniach, refleksjach i konfesjach poświęca rodzinie, matce i ojcu, ciotkom, wujkom i stryjkom, ale niemal nic nie pisze o swoich przyjaciołach, a jeśli już, to wyłącznie o tych nieżyjących, jak Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert czy Józef Czapski.

Całe szczęście, pisarz nie mitologizuje samotności, w którą sam się zapędził, a raczej: którą sam świadomie i z premedytacją wybrał jako sposób na życie, na całe życie. Jedną z przyczyn jego samotności była emigracja, ale, co warto zaakcentować, nie mitologizuje - za co mu zresztą chwała - statusu emigranta, jakim się legitymował przez dwadzieścia lat w Paryżu. Owszem, wyemigrował w ciężkim czasie historycznym, w roku 1981, tyle tylko, że nie ze względów politycznych, lecz osobistych. Jak sam otwarcie przyznaje, powodem jego emigracji była... miłość do M. Poza tym, bez oporów, zupełnie szczerze opowiada o codziennej, wielce skromnej egzystencji nad Sekwaną, o nieudanej próbie zaistnienia na rynku literackim i wydawniczym we Francji, o obojętności, z jaką potraktowało go tamtejsze środowisko artystyczne: „Czas korumpował mnie, a ja korumpowałem poezję. Poezja francuska - spora jej część - nie chciała czasu, nie chciała historii, nie chciała Vichy, nie chciała ludobójstw, nie chciała historii, nie chciała zdrady, nie chciała starzenia się, Alzheimera, nie chciała mnie" - pisze nie bez ironii Zagajewski, laureat przyznawanej w Paryżu Prix de la Liberte, ponadto nagród Neu-stadt, Vilenica i Adenauera oraz na dodatek Europejskiej Nagrody Literackiej, od dobrych kilku lat wymieniany wśród kandydatów do Nobla. Uprawiając życie duchowe, pisarz pielęgnuje duchowe przyjaźnie z innymi pisarzami, a ściślej z ich tekstami. Przedmiotem jego adoracji są utwory m.in. Stendhala, Kafki, Kawafisa, Mandelsztama, Apollinairć'a, Benna, Hughesa, Valery'ego, Andrića, Jiingera, Ciorana, Seferisa, Brodskiego i wielu, wielu innych, a jednak tekstem, wokół którego nieustannie krąży, do którego ciągle wraca, ten nie daje mu bowiem spokoju, nie jest wcale utwór któregokolwiek z wielkich, budzących podziw i szacunek twórców, lecz wspomnienia ojca spisane w roku 1991 i pozostające do dzisiaj w maszynopisie.
Ojciec poety, Tadeusz Zagajewski, był repatriantem ze Lwowa, profesorem Politechniki Gliwickiej, krótko mówiąc umysłem ścisłym, w pewnym sensie technokratą. Taka też, technokratyczna, jest kompozycja jego wspomnień, czego dowodem numeracja poszczególnych rozdziałów, a zwłaszcza zero, którym poprzedził "Wprowadzenie" do wspomnień. Właśnie to zero niepokoi i rozpala do czerwoności wyobraźnię jego syna, który -jak to w życiu najczęściej bywa - znał i nie znał swojego ojca. Ale i tak najbardziej zaskakujący wydaje się tytuł tychże wspomnień "Od przypadku do przypadku". Nie wiemy wszystkiego o świecie i nigdy się nie dowiemy, zdaje się mówić ojciec do syna, nie wiemy nawet wszystkiego o sobie samych, o swoim życiu, toczącym się od zdarzenia do zdarzenia, składającym się właśnie z nieprzewidywalnych przypadków, dlatego też nie da się go opowiedzieć tak, jak chcielibyśmy, a więc od początku do końca, przestrzegając związków przyczynowo-skutkowych. Tytuł "Od przypadku do przypadku" mniej przystoi inżynierowi, bardziej humaniście, mniej naukowcowi, bardziej pisarzowi.
Adam Zagajewski wspomina, że kiedy wychowawca jego klasy maturalnej, nauczyciel języka polskiego zresztą, wręczał mu świadectwo maturalne, powiedział przy okazji, że wierzy, iż jego uczeń będzie w przyszłości dobrym inżynierem, tymczasem ten poszedł na studia nie na politechnikę, lecz na uniwersytet, i to w dodatku na filozofię i został poetą. Co o tym zadecydowało? Przypadek? A jeśli nie przypadek, to co? A może fakt, że poeta in spe wychowywał się w mieście, które „nie umiało mówić" i na dodatek: „W moim milczącym mieście, w mojej milczącej rodzinie, w mojej dobrej, uczynnej, lecz lakonicznej rodzinie, w której liczyło się dobre postępowanie, przyzwoitość wobec innych, a nie mówienie, nie akt ekspresji, w mojej rodzinie, gdzie wręcz uważało się, że kto mówi, odsłania swoją słabość, staje się gadułą a nie człowiekiem etycznie godnym pochwały, należało bowiem z zaciśniętymi ustami pomagać innym, ja, wbrew ambicjom mojego plemienia, chciałem nauczyć się mówić. Nie mam pojęcia, skąd wzięło się to pragnienie". Skąd? Właśnie stąd. Żebyśmy mogli usłyszeć milczenie, ktoś musi o tym milczeniu opowiedzieć, musi wypowiedzieć milczenie. Kto, jeśli nie poeta?
Milczący, a w najlepszym razie małomówny ojciec poety (nawiasem mówiąc, bohater kilku wierszy z jego ostatniego tomu "Niewidzialna ręka": "Kiedy ojciec wędrował", "Teraz, kiedy straciłeś pamięć", "Nie myślał o estetyce", "Ojciec już mnie nie poznaje"), jest również - o paradoksie - autorem tytułu "Lekka przesada". Otóż, poproszony wiele lat temu przez dzien-nikarza miesięcznika „Śląsk" o skomentowanie zgoła poetyckiej sentencji swego syna na temat muzyki i malarstwa, stwierdził krótko, że to jest lekka przesada. „Lekka przesada - to właściwie bardzo dobra definicja poezji" -zachwyca się Adam Zagajewski, poezja bowiem „jest lekką przesadą, póki się w niej nie zadomowimy. Wtedy staje się prawdą. A potem, kiedy ponownie z niej wyjdziemy - bo nikt nie potrafi w niej zamieszkać na stałe -znowu staje się lekką przesadą". Wydaje mi się, a właściwie jestem tego niemal pewien, że kto jak kto, ale Adam Zagajewski, autor wyrafinowanych i wycyzelowanych pod względem stylistycznym wierszy i esejów, bez których współczesna literatura polska byłaby dotkliwie uboższa, zameldowany jest pod tym adresem na stałe.
Janusz Drzewucki



« powrót
opracowanie Prekursor